Zapiski w poszukiwaniu sensu i spełnienia – PRZYTULIĆ SIEBIE

NIEKORZYSTNY BILANS I WEWNĘTRZNE POMIESZANIE

Zgiełk świata znów zaprowadził ją na peryferia, gdzie stawała się ledwie słyszalna dla siebie samej. Nie lubiła tego stanu. Niezmiennie jednak, jakby na mocy niewytłumaczalnych sił, wciąż coś ją doprowadzało w ten sam kozi róg – sytuację bez wyjścia. Roztrząsania dotyczące gier umysłu, zapętlonej melodii, jaką tylko świadomy i uważny człowiek może zauważyć i nań wpłynąć – były pieśnią przyszłości. Działo się tak coraz częściej. Poczucie klinczu i niespełnienia konfrontowało ją z myślą, że jeszcze wiele brakuje jej do tego, by być wystarczającą, wartościową.

Czuła wewnętrzne pomieszanie na skutek tych spotkań – czy raczej zderzeń ze światem, w których bilans zawsze wychodził na jej niekorzyść. Nie rozumiała dlaczego tak się dzieje. Była jak wyklęty odmieniec.

Wciąż zaglądała w intencje innych ludzi, próbując się dostosowywać do tego, co uważała za właściwe. Wówczas najgorsze dla niej było to, że zauważała, iż dostosowanie się do innych nie wystarcza, a na domiar złego sprawia, że czuje się nieszczęśliwa i coraz bardziej zmęczona. Nazbyt długo nie doczytywała się w tym istotnej wskazówki.

PRZYTULIĆ MAŁĄ DZIEWCZYNKĘ

Dopiero po długim czasie, patrząc z lotu ptaka – już uwolnionego i pełnego swobody, umiała spoglądać na siebie z tamtego czasu nieco bardziej miękko, życzliwiej. Długo zajęło jej zrozumienie, że jest wewnątrz niej pamięć głębokiej rany. Rana ta była swoista. Odnawiała się tym mocniej, ilekroć o niej zapominała, natomiast mogła się goić dopiero wówczas, gdy mozolnie opatrywała ją spojrzeniem w głąb siebie. To zrozumienie, konieczny warunek jego zaistnienia, było najbardziej wartościowym odkryciem w jej życiu. W głębi, idąc do końca ciemnego tunelu, wytężała ze wszystkich sił swój wzrok i czucie. Z czasem przywykła do mrocznych przestrzeni i pokonując strach przed tą człekokształtną, dziwaczną istotą, po dłuższym czasie – zaczęła spotykać małą dziewczynkę. Mała Aneta, jak się okazało, całymi latami tkwiąca w mroku swoich nieutulonych głodów, czekająca na ciepłe słowo i utulenie, bardzo długo uczyła się przyjmować to ciepło.

NA POGRANICZU

Dni mijały niepostrzeżenie, zamieniając się w lata. Dużo wysiłku kosztowało ją balansowanie na skraju światów. Podczas gdy jeden z nich wymagał od niej wypełniania ról, był uwikłaniem w schemat, drugi był w dużej mierze, pomimo lat i prób eksploracji, wciąż zagadkowym i pociągającym mikrokosmosem jej samej. Poszczególne puzzle z wielką trudnością starała się złożyć w logiczną i akceptowalną dla siebie całość. Pomimo podejmowanych wciąż starań, czuła się stale jak wyrzutek względem obu rzeczywistości. Ludziom wydawało się, że jest tak jakby trochę obok. Bardzo starała się zatrzeć to wrażenie, nadrabiając zachowaniami, których przyczyna, z perspektywy czasu, była oczywista.

Istotnie trudno jest w jednym czasie uczestniczyć w życiu na bieżąco a jednocześnie przepuszczać go przez swoją wrażliwość – dlatego właśnie by przeżyć, trwała na pograniczu.

W POSZUKIWANIU SENSU

Pozamykana na dziesięć spustów latami była dla siebie samej zupełnie nieczytelna. Schowana w pozornym oderwaniu od rzeczywistości, w zaciszu, kontemplowała znalezione po drodze wrażenia. Próbowała dopasować do siebie te, które rezonowały z jej wrażliwością i wewnętrzną prawdą. Czuła, że w pewnych momentach – dotyka życia całą sobą, jest bliżej niż ktokolwiek. Czasami wydawało się jej, że złapała właściwy sens, znajdowała siebie niespodziewanie wpasowaną w schemat – co sprawiało, że odczuwała ulgę. Wewnątrz serca czuła jednak cały czas, że zaledwie wirowała nad podłogą – jakby w szalonym tańcu – i ten ruch wcale nie należał do niej – tylko do tancerza, który ją unosił. Nic od niej nie zależało.

Wszystkie myśli nieodwołalnie prowadziły w to samo miejsce. Wiele lat patrzenia na siebie przez pomniejszające szkło sprawiło, że nie potrafiła już choćby spróbować spojrzeć na swoje życie – przynajmniej jeśli nie życzliwym – to obiektywnym okiem.

Pod stałym pręgierzem samokrytyki kwitły w niej jedynie słabo ukorzenione, karłowate roślinki, które nie potrafiły znaleźć trwałej drogi ku słońcu, by wzrastać wraz z nim w siłę. Tancerz tańczył więc dalej swój opętańczy taniec, ona natomiast hodowała w sobie niespełnienie i mrok.

Aneta Soja

Aneta Soja. Aktualnie bardziej wymyka się słowom niż szuka w nich schronienia. Istota żyjąca jakby bardziej wewnątrz ciała swego. Rzeźbiarka, malarka projektów do-wolności-owych, fascynatka Feldenkraisa. Poetka, autorka amatorskiego tomiku „Ruchy spiralne światłocieniem naznaczone”. Terazjanka z zamiłowania i z łaski umysłu swego – stającego coraz posłuszniej dęba w milczeniu na dźwięk strumienia oddechu. Wielbicielka zdań długich i bystrych jak strumienie górskie jednocześnie mocno osadzona w sobie czując na języku zawiłości ich podtekstualnych koryt i wirów. Tancerka mikrodrgnień. Jest jak okno otwarte na oścież, na przepływ życia. Jest szelestem rozwijanego papieru, błyskiem wstążki, blaskiem w oku dziecka. A gdy to pisała, znowu poczuła, jak bardzo kocha ubierać w słowa.

Fot. Gwiazda zdjęcie utworzone przez jcomp – pl.freepik.com

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s