Zapiski w poszukiwaniu sensu i spełnienia – CISZA I RANA

CISZA

Cisza – ten odrzucony przedwcześnie kamień węgielny na którym można było oprzeć całe życie. Wielu ludzi nie dopuszcza ciszy do siebie w ogóle. Żyją w hałasie i biorą go za dobrą monetę – całkowicie zatracając siebie. Nie rozróżniają co jest ich własne, a co jest w nich kwestią częstotliwości fal, które ich bezwiednie niosą. Nie mogą odłączyć się od pępowiny, w której nieustannie tętni „życie”. Od pępowiny, która karmi ich szumem jak papką. Pęcznieją każdą chwilą, coraz bardziej pozbawieni istotnych treści.

Być może to, że z czasem poczuła, iż chaos świata zewnętrznego odbiera jej witalne siły – i czuje się w nim nie na miejscu – było świadectwem jej wrażliwości i przywilejem. Jednak to nadal wcale nie znaczyło, że gdziekolwiek czuła się jak w domu.

W POSZUKIWANIU WSKAZÓWEK

Wewnętrzne zagubienie i odrzucenie siebie kazało jej gorliwie szukać wskazówek, aby okiełznać kierunek w jakim miałoby podążać jej życie. Czas naglił, wprowadzając wewnętrzny dygot i bezpowrotnie mijał. Narastał lęk. Z rezygnacją i złością patrzyła na swoje odbicie w lustrze, nie akceptując swojego godnego politowania wizerunku. Coraz bardziej niepokoiła się o upływ czasu i to, co będzie dalej, jeżeli dotąd nie zdążyła znaleźć formuły na życie. Ba, przecież nie tylko chodziło o upływ czasu, ale o spełnienie, za którym tęskniła, odkąd zaczęła próbować zrozumieć, po co większość życia tak się męczy. Ostatnią rzeczą o jakiej pomyślała było spojrzenie na siebie w lustrze z pewną dozą współczucia i ciepła. Potrafiła to samo zrobić w stosunku do innej, obcej osoby. Życzliwość nieświadomie rezerwowała dla innych, postrzegając ich jako lepszych od siebie.

Często łapała się na zazdrości i smutku gdy widziała, że ktoś w jej otoczeniu sięga po coś, czego ona przecież również bardzo pragnęła.

W istocie smutna była ta zazdrość. Ani trochę nie naprowadzała jej na właściwy trop. Odgradzała ją natomiast boleśnie od siebie prawdziwej, wartościowej, a na domiar złego – odsuwała ją od innych.

ŁAKNIENIE SAMOTNOŚCI

Na początku chyba właśnie stąd wzięły się jej samotne górskie wyprawy. Wówczas brak towarzystwa pozwalał na oswajanie się ze swoimi myślami. Był jedynym czasem, gdy nie pojawiały się momenty w których mogła porównywać się z innymi, jedynym, w którym tak naprawdę miała możliwość spotkania się z samą sobą bez wbijania sobie noża w serce. Dziwna była ta siła, która kazała jej raz być blisko, raz stronić od ludzi, trzymać się na uboczu, a jednocześnie tak bardzo łaknąc wspólnoty.

Nieubłagany pęd, jak perpetuum mobile – póki nieodczarowany – gnał ją ku sytuacjom, które jej nie wspierały. Gdy z czasem zauważyła, że wewnętrzny brak pchał ją do ludzi, wielokrotnie narzekała, że swojej drodze nigdy nie spotkała nikogo, kto powiedziałby jej, że szukając sensu swojego życia miała szukać wskazówek wewnątrz siebie. Było jednak trochę prawdy w tym, że gdyby nawet kogoś takiego spotkała, nie wiadomo, czy potrafiłaby mu uwierzyć. Wiadomym jest bowiem, że czasami po prostu nie ma dróg na skróty i pewna gotowość musi się w nas wypracować poprzez doświadczenia i wgląd w to, co nas spotyka. Czasami czuła się jak kolorowe ziarenko rzucone na jałową glebę, któremu wmówiono, że skoro do niczego znanego nie pasuje to powinno po prostu milczeć i trwać, aż wybije jego ostatnia godzina i zginie lub zgnije od nadmiarowych deszczy.

OCZEKUJĄC NA PRZEWODNIKA

Wyglądała przewodnika. Nie zdawała sobie sprawy, że to ona sama będzie mogła kiedyś być takim człowiekiem dla innych. Takim, jakiego próbowała odnaleźć poza sobą przez całe życie. Człowiekiem z krwi i kości, czującym i świadomym. Człowiekiem, który poznał każdy centymetr drogi, każdy punkt zwrotny, momenty zwątpienia i zatrzymania. Takim, co wypatrzy wrażliwymi oczami ludzi potrzebujących nauczyciela – by móc w efekcie doprowadzić ich na drogę do samego siebie. Nadal w jej rozważaniach była potrzeba bycia dla innych, nie dla siebie. Jednak istotą było to, że po coś tutaj jest.

Teraz jednak przyparta do muru, wyrzucona na brzeg przez gwałtowny przypływ nadmiaru zdarzeń przekraczający możliwości jej czucia i nazywania, usiadła na brzegu. Objęła swoje kolana, kryjąc twarz w ramionach. Coraz mniej ufała w to, że kiedykolwiek poczuje się władna, by prowadzić swoje życie tak, jak chce. Ostatnia ścieżka w pewnym momencie gwałtownie uciekła spod nóg, spychając ją na manowce. Był to trudny czas całkowitej destabilizacji, zagubienia, dramatycznego „dlaczego ja”, ginącego bez odpowiedzi w pustce.

RANA

Odkąd pamiętała, najbardziej w życiu chciała dotrzeć do siebie i wyleczyć, naprostować to, co nie działało odpowiednio. Na wszelki wypadek chciała zmienić WSZYSTKO. Teraz też tak było. Była nieświadoma pamięci wewnętrznej rany, którą nosiła w sobie. Rana odnawiała się tym mocniej, gdy zwracała się do świata, by spełniał jej oczekiwania zamiast ku sobie samej. Nie potrafiła popatrzeć w głąb siebie. Tak bardzo się bała, że na końcu tego ciemnego tunelu nie spotka nikogo. Nie miała gotowości na wejście w tunel. Czekała na ciszę, aż ta uspokoi jej wzburzony świat choć na chwilę. Po latach dogadała się ze sobą na tyle, że była zdolna zaakceptować w sobie właśnie to, że czasem potrzebuje się wycofać. Zgiełk zewnętrznego świata powoli osiadał wokół niej. Widać było zarysy otoczenia, czuła jak jej ciało wraca do siebie, oddech staje się spokojniejszy. Cisza brała ją w ramiona i ze zrozumieniem patrzyła jej w oczy, koiła zmysły…

Aneta Soja

Aneta Soja. Aktualnie bardziej wymyka się słowom niż szuka w nich schronienia. Istota żyjąca jakby bardziej wewnątrz ciała swego. Rzeźbiarka, malarka projektów do-wolności-owych, fascynatka Feldenkraisa. Poetka, autorka amatorskiego tomiku „Ruchy spiralne światłocieniem naznaczone”. Terazjanka z zamiłowania i z łaski umysłu swego – stającego coraz posłuszniej dęba w milczeniu na dźwięk strumienia oddechu. Wielbicielka zdań długich i bystrych jak strumienie górskie, jednocześnie mocno osadzona w sobie czując na języku zawiłości ich podtekstualnych koryt i wirów. Tancerka mikrodrgnień. Jest jak okno otwarte na oścież, na przepływ życia. Jest szelestem rozwijanego papieru, błyskiem wstążki, blaskiem w oku dziecka. A gdy to pisała, znowu poczuła jak bardzo kocha ubierać w słowa.

Kobieta zdjęcie utworzone przez ArthurHidden – pl.freepik.com

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s