„ŚWIT” – o powietrzu w kolorze złota w delcie Nilu

Mieszkam w Matce Świata, na wyspie w delcie Nilu, przy ulicy Hassan Assem. Choć to pierdolenie, z tą matką. Pławienie się w płodowych wodach względnie izoluje od dźwięków otaczającego świata. A to w warunkach Kairu rzecz niewykonalna. Gdy budzę się w sypialni na wprost salonu, drapiąc się po pępku czy po głowie, słyszę to miasto: klaksony aut, krzyki mężczyzn, stukanie śrubokrętem w butlę nabijacza gazu, jednostajne buczenie klimatyzatorów, miauczenie kotów – a nade wszystko dźwięki arabskiego disco, które właściciele łódek wypływających z turystami w rejs po Nilu puszczają w taki sposób, jakby miało im to dać zbawienie. Podobno islam nie lubi się z muzyką. Pytaniem zasadniczym jest, czy arabskie disco to nadal muzyka. Jeśli nie, to ich intencje stają się oczywiste, chcą odstraszyć Diabła i dźwięki te są halal (z arabskiego oznacza „to, co nakazane” – w islamie określenie wszystkiego, co jest dozwolone w świetle szariatu. – przyp.red,) . Czasem słychać tutaj także wzbijające się w niebo samoloty, ryczenie krowy i jodłowanie kobiet arabskich, gdy się kto urodzi, bo za rogiem jest szpital. W krowę ryczącą tak głośno nigdy nie uwierzyłam. Choć brak mi wiedzy, kto i jaki interes miałby w kilkunastokrotnym puszczaniu nagrania ryku krowy w najbardziej elitarnej dzielnicy miasta – pełnej ambasad, budek strażniczych i ekstrawaganckich śladów zachodniej kultury, typu filia Starbucksa, McDonald, Akademia Sztuk Pięknych czy Szkoła Muzyczna.

Zaspana podchodzę do drzwi na balkon, który wychodzi w kwadratową studnię podwórza, bo chcę się przeciągnąć. Patrzę na świat, spowity jednakowym szarym piaskiem i zmęczeniem formy. Wnętrze podwórza kojarzy mi się na pół z brazylijską fawelą i na pół z greckimi, nadmorskimi miastami. Choć z tymi ostatnimi tylko przez płaskie kwadratowe dachy i nierównomierną fakturę ścian. Które powinny być białe, by wzmocnić wrażenie. Ale nie: są obrzydliwie żółte.

Część okien pozasłaniana niebieskimi okiennicami. Na balkonie piętro niżej, na ukos od mojego, wykręcone całkiem. Ktoś tam będzie robił remont, puste oczodoły okien pokazują wnętrze wydrylowane z ludzkiej obecności. Nisko pode mną, graciarnia. Zza czterech sznurków, na których wieszałabym pranie gdyby nie szerokie kanapy w mieszkaniu, widzę ślimaki postawionych na sztorc niepotrzebnych dywanów, poremontowe płytki, drabinę, złom, całą niezidentyfikowaną resztę i kota. Kot macha ogonem, patrząc w kolejną kwartę podwórza naprzeciwko. Kotka. W pierwszą moją noc w Kairze to ona miała nieutuloną ruję, której pustki nie udało się zapełnić żadnym kotem: przez osiem nocy darła się żałośnie, by żaden nie przyszedł. Wtedy dała spokój. Jeden samiec ciąży nie czyni, zwłaszcza, gdy go nie ma.

Kotka patrzy za cienki murek. Tam stoją sztuczne kwiatki i suszą się damskie śnieżnobiałe majtki w dużym rozmiarze, z piętnaście sztuk wywieszone ze względu na wczesną porę. Przeciągam się i kręci mi się w głowie, tak, że całym ciałem opieram się o betonową barierkę mojego balkonu. Koszulka już do prania, bo tego pyłu się łatwo nie strzepie. Ale to nic, pranie wisi tutaj wszędzie i krótko – bo powietrze suche i pustynny piach. Zastanawiam się, jak wygląda światło, ale nie mogę tego ustalić, bo do podwórka – studni po tej stronie kamienicy – promienie słońca nigdy nie docierają. Albo robią to gdy śpię, albo ślizgają się po ścianach gdy mnie nie ma. Wychodzę z mojej sypialni, mijam boczną bezludną i przez ciemny korytarz idę do salonu, na szeroki balkon, od północnej strony budynku. Balkon wychodzi na Hassan Assem, ale nie widzę z niego nic, prócz rdzawych wieżowców w kolorze khamsinu (ciepły, porywisty wiatr wiejący na pustynnych obszarach Egiptu i Libii – przyp. red.), szparek okiennic, klimatyzatorów i niepoliczalnych, pustych talerzy anten satelitarnych. Przy samej barierce rosną drzewa, wydaje mi się, że to jakaś odmiana akacji, albo morwy.

Spoglądam w niebo, słońca nie ma. Smog zazdrośnie strzeże tajemnicy miasta. Ale spod sinej warstwy spalin nie widać żadnych cumulusów czy cirrusów, zatem będzie szansa zobaczyć najjaśniejszą gwiazdę naszej galaktyki. Powietrze jest złote, ale nie w sepii. Mam wrażenie, jakby słońce świeciło w poziomie, gdzieś zza bocznego wieżowca. Przeciągam się raz jeszcze i patrzę na balkon wyżej, do Amerykanów, bo oni hodują kota, którego lubię podglądać. Założyli mu obrożę przeciwpchelną i nie obcięli dłuższej końcówki – śmiesznie wygląda, gdy walczy z tą przymusową krawatką. W tamtej chwili nie ma go, pewnie śpi, albo zszedł po drzewach na ulicę i poszedł na miasto. Na ścianie z boku mojego balkonu, widać ślady łapek. Wchodzę do mieszkania i zamykam szczelnie drzwi. Napiłabym się kawy.

Kinga Matałowska. Absolwentka prawa i filologii polskiej, obecnie bardziej prawniczka niż filolog. O funduszach unijnych wie wszystko. Przez wiele lat była publicystką i dziennikarką. Publikowała na Onecie, w Wirtualnej Polsce, Tygodniku „Nie” i w wielu innych miejscach, w sieci i na papierze. Prowadziła nagradzane i doceniane w przestrzeni publicznej blogi, nieobca jej była fotografia i grafika komputerowa. Maluje farbami akrylowymi, nie odpuszcza pisania. Pewnego dnia w pełni przebudziła się duchowo i od tamtego momentu nic już nie było takie samo: przez kilka miesięcy pełniła obowiązki kierownika SPK w Egipcie, w wolnych chwilach zgłębiając tajniki wiedzy tajnej. Tam stała się Wiedźmą, ani przez chwilę nie tracącą kontaktu z „realnym życiem”: często wraca do tego doświadczenia. Kocha koty, kawę, światło i dobrą literaturę.

Tło zdjęcie utworzone przez nikitabuida – pl.freepik.com

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s