DZIEŃ W HURGHADZIE – cz. 1

Po dobrze przespanej pierwszej nocy – pozbawionej marzeń sennych, z powodu, jak sobie wmawiam, zmęczenia, budzę się w pokoju, gdzie jedna szybka balkonu zasłonięta jest tekturką. Zza tej tekturki – zakurzonej jak sarkofag – dobiegają do mnie dźwięki z wolna budzącego się do życia egipskiego kurortu. Miauczenie kotów i arabskie rozmowy, klaksony pojedynczych, rozpędzonych aut. Może słyszę morze. A może to jednostajny dźwięk klimatyzatorów, nieodłącznego towarzysza życia bliskowschodnich narodów.

Biorę szybki prysznic w ciemnej, poobijanej łazience. Woda – czysta i skoczna, ale z daleka wydzielająca zapach chloru – niespodziewanie dla mnie okazuje się miękka, niemal aksamitna w dotyku, na co wcześniej nie zwróciłam uwagi. Opływa mnie spokojem chłodnym, jak październikowe niebo, które miałam ponad sobą, w dniu wyjazdu z kraju.

Zjadam mój pierwszy jogurt Juhayna. Kupiłam go na wieczornym spacerze po hurgadzkich bulwarach, który odbyłam w towarzystwie nowej koleżanki – Polki, która zapewniła mi przejazd do Kairu. Jogurt nie jest tak dobry, jak polskie. Przeciwnie. Ani konsystencja, ani smak nie zapierają oddechu w piersi. Na pewno jest pożywny i zawiera pożyteczne bakterie, co w mojej opinii ma być gwarancją, że nie dopadnie mnie tak zwana zemsta faraona, czyli biegunka podróżnych. Nadzieja, że ominie mnie ten specyficzny test gastryczny serwowany Europejczykom, musi mi wystarczyć, zamiast dobrych smakowych doznań.

Krótki spacer w górę i w dół ulicy. Hurghada zastygła w morskim powietrzu jak kot wczesnym rankiem, co wypadł mokry z zaroszonej trawy i wyciąga grzbiet do słońca. Ją też ono złoci, gdy zbłąkany promień światła natknie się na pył, miotany tu i tam. Niemrawe psy chodzą z jednej na drugą stronę ulicy. W przyulicznym warsztacie Arab czarny jak gruba (gruba oznacza w gwarze śląskiej kopalnię – przyp. red.), czyści szmatką śrubokręty i klucze. Wnętrze jego dziupli jest wyciosane w takiej samej czerni. Zapach rozlanej ropy i lepiku drażni moje zmysły. Magnetofon krztusi się fragmentami azanu (wezwanie do modlitwy w islamie – przyp.red.), o czym jeszcze nie wiem, że dźwięk ten jest tym, czym jest. Rozedrgane głoski i pompatyczna muzyka, jakby ktoś uderzał drewnianą łyżką w patelnię – z tym ona mi się kojarzy. Wydaje mi się, że bez klarownego rytmu, ale widocznie zgodnie z tętnem islamu. Tuman podrywa do góry zmiętą płachtę bezwładnej, arabskiej gazety. Ona się mu poddaje i tańczy, cicha i obca. Nie skarży się na trudniejsze figury, które giętka, prezentuje tym, którzy chcą patrzeć.

Wewnątrz mojego ciała nie przeskakuje nawet jedna iskra. Nie jestem zaniepokojona, strach i niepewność zostały gdzieś ponad Warszawą, wzdęte lękiem w samolocie, gdy odrywał się od ziemi. Jestem obecna tu i teraz. Nie ma granic między Egiptem, a mną. Wchłonęłam go cała, albo on pożarł mnie. Zassał przestrzeń, świadomość nagięła się do jednego punktu w moim ciele, by poznawać i doznać, bez lęku i poczucia obcości, nieprzystawalności do całości. Ja – nieznaczny przecinek, ale nadal część większego poematu. Strofa ulicy, ciężka materia dnia, wypełniły własną, niechcianą lukę moim ciałem, które nie może być gdzie indziej. Tylko tu i teraz. Mną. Punktem świadomości eksplorującym wszechświat. Gdyby go nie było, świat nabrałby powietrza w płuca i zbiegłby się w ciągłą linię, która na wykresie znaczy nie ma, śmierć. Po co ryba miałaby się psuć, kiedy nie ma mnie, bym skrzywiła się w tej bezradnej drodze, płytkiej i nieważkiej, w odpowiedzi na potężny dźwięk jej woni? Po to jestem w tamtej chwili, obrzękłej znaczeniem. Świat bez obserwatora, nie znaczy nic. Bo nie ma tego, który swoją świadomością nadaje rzeczom znaczenia. Wracam więc do hotelu i świadomie doznaję Hurghady po sezonie.

Miasto to dziwne, lądem nie z mojego świata. Z czterdziestokilometrową główną drogą wzdłuż wybrzeża, wzdłuż której ktoś nanizał jak na sznurek grubo pieczone obwarzanki budowli, posadził palmy rachityczne morskim powietrzem, dał ludziom cień. Nazwy hoteli. Beach Albatros Garden Hotel. Palm Beach Resort. Sea Garden Hotel. Diamond. Pokazują wszystko, czego Hurghadzie brak. To u nich, zachęcają, odnajdziesz diamenty i ogrody.

Hotele ścieśnione jeden przy drugim. Jedna palma wcina się w przestrzeń drugiej tak, że trudno jest znaleźć jakiś kadr do zapamiętania w tych hotelowych ogrodach. Tu gdzie jestem – w starej części miasta – żyją Arabowie i dyktują przestrzeni własne warunki. Warsztat motoryzacyjny, psy, plaga kotów i pył tańczący w powietrzu przejrzystym, jak mętny kryształ.

Zdaję klucze tuż przed dwunastą. Żegnam się niemrawo, łamanym przez pogubienie angielskim. Mam cały dzień, zanim mój autokar podjedzie pod konkretny hotel, pod którym mam się zjawić, by z Hurghady dotrzeć przez noc do Kairu. I wychodzę z muszli bezpiecznego, bo oswojonego już hostelu. Na obcy ląd.

Świeci słońce i wieje wiatr. Tumany pyłu miotają porzuconymi na ulicy foliowymi torebkami i na wpół zeschniętymi gałęziami palm. Ulice są szerokie i puste. Pomarańczowe, klockowate budynki kryją posezonową pustkę. Błękitne niebo nie ma komu się chmurzyć, tu tylko ja doceniam jego bezkres i niewinny odcień. Słońce i bryza, wiatr od morza. Płytka cisza, pełna dźwiękiem dnia. Prócz mnie na ulicy widzę dwóch turystów – mężczyzn, w spodenkach khaki i kapeluszach w typie safari. Dopiero przyjechali – kto wie, czy nie tym samym samolotem co ja, bo są biali jak nadmorskie mewy. Mijają mnie, ale na szczęście nie mam napisane na czole „Made in Poland”.

– No i powiedziałem tej k**wie, że ma siedzieć w pokoju jak bóg przykazał. Ruchać jej się chciało, chyba z jakimś ciapatym! – mówi pierwszy.

– Pie**olisz! – dopełnia jego wypowiedź drugi, na cały głos, pewny, że są tu sami w języku. Mijają mnie nie obdarzając nawet pobieżnym spojrzeniem i nikną za zakrętem. A ja zdejmuję plecak i notuję słowa, pierwsze, które pocięły głęboką przestrzeń tego dnia, po opuszczeniu hotelu. Kiedyś przydadzą się, myślę sobie, by oddać koloryt lokalny i ducha miasta, jakim jest Hurghada. A także duszę tych, który tworzą tenże klimat, bo to miejsce wybrali, żeby wyrazić siebie.

Na powrót zarzucam na ramiona plecak i podążam ich śladem. Okazuje się to dobrym tropem, bo natykam się na małe, lokalne sklepiki, w których kupuję wodę, chleb – jak podpłomyk, i słodkie ciastka Todo, które kosztują grosze, a i tak nie są warte ceny, jakiej życzy sobie sprzedawca. Bez wyrazistego smaku, o fakturze miękkiej myjki do ciała. Sprzedawca ciastek jest młody i bardzo uprzejmy. Nie mam poczucia żeby kalkulował, ile może na mnie zarobić. Żegnam się z uśmiechem i wychodzę na zewnątrz.

Idę bez celu. Mijam kolejny mały zakład, chyba motoryzacyjny, wygląda jak jaskinia: mroczna, z czarnymi, zabrudzonymi smarami ścianami, z arabską muzyką wydobywającą się gdzieś z czeluści smolistego wnętrza trzeszczącym, jednostajnym i płytkim dźwiękiem lokalnego radia. Właściciela nie ma w zasięgu mojego wzroku, mijam więc miejsce i idę dalej. Za następnym zakrętem widzę szeroką drogę, zwieńczoną śnieżnobiałą kopułą i szpicami meczetu. Nie wiem jeszcze, że to El-Dahar, najstarsza w mieście świątynia udostępniona dla tych, którzy chcieliby się pomodlić, lub tylko zobaczyć wnętrze. Na ulicach nie ma ani jednego samochodu, brak tu też ludzi. Pusto śmieją się do mnie tylko tumany kurzu. Kołuję chwilę ciężko, z plecakiem. I skręcam w kolejną martwą, wzdętą nieobecnością ulicę.

Trafiam na osiedle w centrum pustyni. Trzy i czteropiętrowe bloki – zupełnie jak nasze polskie, ukryte za murem wysokości człowieka, wyłożonym kolorową, śródziemnomorską mozaiką. Brzoskwiniowy kolor jakim obrzucone są bloki, wyblakł na słońcu do żółtawego. Dobarwił go piasek, który wżera się i przez lata omiata miękką, gipsową obrzutkę na elewacji.

Mieszkania na parterze mają pozamykane okiennice, pomalowane na barwę zieleni w odcieniu butelkowym. Te wyżej są pouchylane, ale na osiedlu brak oznak życia. Zmaltretowane krzewy rosną to tu, to tam, pod oknami. Nie wiadomo, jak przebiegają ich procesy fotosyntezy, bo skórzane liście są bure od piachu, a proces przecież napędza zielony chlorofil. Ale one to umieją, przywykły i zaakceptowały swój świat. Że on taki jest. Tumany wzdęte kwarcem unoszą w górę torby po chipsach. Wiatr miota gazetą, na której nie widać już dokładnie czcionki. Na chodniku przy wejściu do jednego z bloków leży śnieżnobiały, średniej wielkości pies, przypominający kojota. Przykurzony piachem i własną starością. Zakotwiczony w odrzuceniu, z jakim radzić sobie musi w tym islamskim kraju, gdzie uważany jest za nieczystego. Jest tu jak szczur w Europie. Wzrokiem przeszytym beznadzieją, pustym jak przepastny worek jego żołądka, wpatruje mi się w oczy. Odchodzę, a on układa się na asfalcie i otulony tumanem piachu, próbuje spać. Spokojnie, pogodzony, pijany głodem lub pogodzeniem się z własnym losem. W tej części Hurghady, brak zaktualizowanej bytności człowieka. Nie drga ani jedna firanka, ulice zamarły, duchotą afrykańskiego poranka w kurorcie, po sezonie. Między krzywo położonymi płytkami widzę chwast. Śmieci jest więcej, nawianych piachem, oklapłych i zmęczonych. Nie chcę przyglądać się temu martwemu blokowisku i idę w dół ulicy, wlokąc się z plecakiem, jak z krzyżem.

Skręcam w jedną z uliczek, gdzie tumanem prowadzi pył. Mija mnie młody Arab, w szarej galabiji (luźne okrycie noszone przez arabskich mężczyzn, przypominające europejską koszulę nocną – przyp.red.).

– Welcome in Egypt – mówi śpiewnie. – Can I help you?

– No – odpowiadam. A potem chmura piachu gładzi miłośnie moją twarz i każe jej się skręcić w stronę muru, bym mogła przeczytać na nim, że w ofercie miejsca jest dostęp do sieci. Tamten w galabiji tylko na to czekał.

– Do you need internet? – pyta, najczystszej próby angielszczyzną. I już idę za nim poza róg ulicy, do ciemnego sklepiku, pełnego suwenirów. Kwadratowe pomieszczenie z drzwiami zapartymi brudnawym wiatrakiem, w lekkiej wnęce, wciętej w środek budynku. Z boku biurko na czterech nogach, kryte ceratą w wyblakłe pomarańcze. Jest pocięta nożem, w szpary wdarł się brud. Plastikowe krzesła i trzy ściany wypełnione szklanymi półkami, po brzegi pełnymi turystycznego kiczu. Tutanchamony ubite z tworzywa jakby dłońmi małego dziecka, z profilu przypominające Tatusia Muminka, papirusy zasnute egipskim hieroglifem, szklane słoje zalane pachnącymi olejami. Turystyczne artefakty zatopione w mroku, pełnym rozbłysków światła, gdy spojrzysz pod odpowiednim kątem poprzez słoje z pachnidłami. Kolorowe bryły przepuszczają przez siebie światło, ono wiruje mocniej w okolicach uchylonych drzwi, przegląda się w egipskim kurzu, który smugą wyzłaca tę chwilę.

Przyglądam się nieufnie temu czarnemu chłopakowi. Jest ode mnie młodszy. Patrzy życzliwie, ale ocennym okiem handlarza końmi, który znalazł płodną i silną kobyłę na targu w Bodzentynie. Wyczuwam tę ocenność i automatycznie wzbiera we mnie opór.

Chłopak pyta jak mam na imię, on mówi, że jest Tiger. Ładny sobie wybrałeś przydomek, myślę. Jesteś niski i krępy, ale silny i czujny jak kot, to widać w węglach twoich źrenic, zastygłych w żółtawych białkach oczu. Odpowiadam nieśmiało i nieudolnie. Daje mi swój powycierany, obity telefon, żebym weszła na facebooka. Ale ten facebook arabski, a telefon się tnie. Oddaję go z obawą.

Przed wejściem do hotelu po drugiej stronie ulicy znikąd pojawia się starszy Arab. Ubrany w resortowy mundurek zasiada przed drewnianym biurkiem, rodem z innej epoki. W hotelu najwidoczniej pełni funkcję boya. Wywleka za sobą takie samo plastikowe krzesło jak i moje. Kurzy papierosa, śmiejąc się do mnie, lub ze mnie: wystraszonej, słabej płci, bez chusty na głowie. Choć kto go tam wie. Jest w tym uśmiechu pożałowanie, ale nie ma odrazy. Widzę to wyraźnie zza smug powietrza wyzłacanego tym samym pyłem, którego wszędzie tutaj pełno. Macha mi z daleka, a jego zęby bieleją w uśmiechu. Tiger nie bardzo wie, co ze mną zrobić. Uczy mnie arabskiego, najprostszych wyrazów. Zapisuję je w kalendarzu w kolorze piasku, przy dacie 12 września. Salam alaikum – dzień dobry. Szukran – dziękuję. Mar-as salam – do widzenia. Wyrazy te – puste znaczeniem gaworzenie szaleńca, meandrujące w głąb mojego umysłu przez bezmiar niezrozumienia.

C.D.N.

O AUTORCE:
Kinga Matałowska – absolwentka prawa i filologii polskiej, obecnie bardziej prawniczka niż filolog. O funduszach unijnych wie wszystko. Przez wiele lat była publicystką i dziennikarką. Publikowała na Onecie, Wirtualnej Polsce, Tygodniku „Nie” i w wielu innych miejscach, w sieci i na papierze. Prowadziła nagradzane i doceniane w przestrzeni publicznej blogi, nieobca jej była fotografia i grafika komputerowa. Maluje farbami akrylowymi, nie odpuszcza pisania. Pewnego dnia w pełni przebudziła się duchowo i od tamtego momentu nic już nie było takie samo: przez kilka miesięcy pełniła obowiązki kierownika SPK w Egipcie, w wolnych chwilach zgłębiając tajniki wiedzy tajnej. Tam stała się Wiedźmą, ani przez chwilę nie tracącą kontaktu z „realnym życiem”: często wraca do tego doświadczenia. Kocha koty, kawę, światło i dobrą literaturę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s