ZWYCIĘSTWO KREATYWNOŚCI: projekt Amputation.

Kasia jedzie na plener fotograficzny, aby wyzwolić w sobie artyzm. Od pewnego czasu czuła ukłucie w sercu, które tęsknotą dawało jej znać, że ma zrobić coś innego niż dotychczas. Na plenerze obserwuje przy pracy projektanta Marcina, który jest zajęty stylizowaniem modelek. Nie widzi Kasi. Ta jednak zrobi tego dnia tak dobre zdjęcia, że za kilka dni Marcin zaniemówi. A jak odzyska mowę, to się do niej odezwie. A potem…

Wspólny projekt AMPUTATION, fot. Madam Miko, projektant i stylista: Prepostevolution.

Ale może jednak na początek to, co było. Bo każde tu i teraz, ma swoje korzenie w wydarzeniach z przeszłości…

„22 września 2017. Piątek. Padał rzęsisty deszcz. Jadąc na ten jam session, zastanawiałem się, komu w taką paskudną pogodę będzie chciało się wyjść z domu, by słuchać rockowych aranżacji utworów Chopina? Docierałem autobusem nr 141 na Chełmską, dźwigając pod pachą drewniane Wooden Bongos marki Schlagwerk i kilka drobniejszych przeszkadzajek. Rozsiadłem się wygodnie w przepastnym fotelu baru Stop Klatka, zamówiłem kufel piwa i wtedy na scenie pojawił się on…

Niepozorny. Dziwnie poruszający się jegomość. Zasiadł za podświetlanym na fioletowo, akrylowym zestawie Sonora, wziął głęboki oddech i…”

Cytat z fanpage PREPOSTEVOLUTION, autor: Marcin Urzędowski

MARCIN: 2 PAŹDZIERNIKA 2019

„Imbryczek z parzoną kawą zasyczał charakterystycznie o 6.07. Normalnie byłaby to dla mnie jeszcze pora głębokiego snu, ale tej nocy nie zmrużyłem oka. Nie pomogło liczenie baranów, ćwiczenia oddechowe, wszystkie znane mi techniki medytacyjne, nic nie chciało mi dopomóc w błogim śnie. Cholerny dzień z każdą minutą nadchodził coraz bezczelniej, odbierając mi nikłą szansę na wypoczynek. Przeklinając ten stan, postanowiłem zmyć pod gorącą wodą resztki złudzeń, zaczynając codziennym kawowym rytuałem długi dzień. Mocny i aromatyczny napar ożywiał zaspane ciało z każdym parzącym pysk łykiem. Minuta po minucie robiło się coraz jaśniej, zarówno za oknami jak i w moim umyśle. Wiem co dziś zrobię. Wiem z czego. Wiem jak i wiem po co. Październik ustanowiono oficjalnie miesiącem bez elektrośmieci. W Koneserze Praskim, w którym pracowałem jeszcze do zeszłego tygodnia, odbywać się będą warsztaty tworzenia czegoś z niczego, w telewizji pokazują ubrania uszyte z fragmentów pilotów, upcykling stał się modny, a ja w ostatnich tygodniach dostaję zaproszenia do niezliczonej ilości grup recyklingowych, zero waste, eco, które rodzą się szybciej niż grzyby po deszczu. Gdy zaczynałem przygodę ze stylizacją, która zbiegła się w czasie z powstaniem mojego pierwszego dużego projektu muzyczno-tanecznego TAMTAMITUTU, a było to jakoś niedługo po zdaniu matury, którą miałem w roku 1999, wykorzystywałem w tworzeniu scenicznych kostiumów znajdywane w lesie czaszki, pióra, i całą masę odzwierzęcych elementów. Taki naturalny recykling był mi bliski ze względów antropologicznych zainteresowań, kierunku studiów jaki podjąłem i z wielu jeszcze innych powodów. Świat i jego dary były mi bliskie. Afryka była mi bliska. Rytm był mi bliski. Blisko miałem do dredów, gdy przez trzy tygodnie, każdego dnia pocierałem wełnianym swetrem coraz bardziej skołtunione włosy. Chwała niebiosom, że były to czasy bez internetu, facebooka, i całego tego ekshibicjonistycznego szaleństwa ze zdjęciami w kiblach, bo umarlibyście ze śmiechu. Dziś wspominam to z rozrzewnieniem. Zachowałem nawet pożółkły już wycinek gazety krakowskiej, w której dziennikarka, opisując ludzi spotkanych pod pomnikiem Adama Mickiewicza, opisuje moją postać: „Pod Adasiem, w jamajskim berecie, z bębnem u boku siedzi młody rastaman…”
W życiu nie byłem rastamanem, ale co młoda, krakowska dziennikarka mogła wiedzieć dwadzieścia lat temu o afrykańskich rodowodem bębnach Djembe? Ja sam nic nie wiedziałem. Wiedziałem że mój jest z wystrugany z lipy. Kupiłem go za trzysta złotych, od krakowskich … rastamanów. Mieliśmy swój czas i wykorzystywaliśmy go w pełni. Co cna. Do zatracenia. Do rana często. I często przy jednym rytmie, bo innych wówczas nie znaliśmy. Ale za to granych z taką mocą i zaangażowaniem, że nikomu nie przeszkadzała rozbryzgiwana krew na membranie od pękających opuszków palców. Mieliśmy swoją cudną młodzieńczość a ja miałem swój zespół, do którego przez ponad dziesięć lat szyłem „szamańskie” kostiumy. Gdy powstała marka PREPOSTEVOLUTION, nikt nie wierzył, że można to przekuć w coś dobrego. Nie było w tym ducha ECO, nie było pragnienia zmiany świata, nie było recyklingu, była demoniczno-obrazoburcza estetyka i tylko tego dopatrzyli się pierwsi „krytycy”. A ja wiedziałem, że przyjdzie taki moment, gdy świat zacznie krzyczeć na głos; gdy dzieci będą nawoływać o zaprzestanie rujnującej naszą planetę polityki; gdy śmieci staną się narzędziem do tworzenia potrzebnej, i użytkowej sztuki….

Patrzę na burdel, jaki zrobiłem poprzedniego dnia w salonie. Wszędzie walają się jakieś blaszki, kabelki, fragmenty dziwacznych mechanizmów.

Październik miesiącem bez elektrośmieci ? Bardzo proszę!!! Dziś wkomponuję w kostium pustynnego szwędacza, nieco maleńkich choinkowych żaróweczek z lat osiemdziesiątych, nieco elementów z lego technik, i fragment gry, którą pamiętam z dzieciństwa, w której zabawa polegała na tym, by odpowiednimi kabelkami połączyć pasujące do siebie elementy. Wówczas zapalało się światełko, a pierdzący dzwonek, oznajmiał, że dziecko odniosło sukces.

4 października w Oskar studio przekonam się, czy mój stworzony dziś kostium to sukces, czy klapa. Vlodi Tafel, którego chcę przemienić w „pustynnego szwędacza” w ostatniej już sesji zdjęciowej projektu #amputation, stanie przed obiektywem Madam Miko, kończąc zapoczątkowany w lipcu, wspaniały rozdział mojej życiowej powieści.

Cytat z fanpage PREPOSTEVOLUTION, autor: Marcin Urzędowski

VLODI: ROK 1985

„Czternastoletni blondyn, biegnie za piłką. Jest piłkarzem Legii Warszawa. Świetnie zapowiadającym się sportowcem. Nagle upada, dostając kontuzji kolana. Nie wie, że w kości czai się podstępny OSTEOSARCOMA FEMORIS SIN. Kostniako-mięsak kości udowej lewej – rak, który młodego piłkarza trawi od środka, przerywa sportową karierę na zawsze. W Instytucie Matki i Dziecka na ul. Kasprzaka w Warszawie chirurdzy dokonują amputacji lewej kończyny dolnej z wyłuszczeniem w stawie biodrowym, a młody trampkarz będzie musiał się zmierzyć z trwającym trzy i pół roku leczeniem z zastosowaniem chemioterapii, z czasową utratą włosów, spadkiem odporności immunologicznej i pytaniem: co teraz?

„Leżąc w szpitalu, zastanawiałem się, co w takiej sytuacji mogę robić, gdyż piłka była do tej pory moją główną pasją. Ale miałem też inną pasję i była to muzyka. W piłkę już grać nie mogłem, ale uprawianie muzyki też wydawało się mi się mało prawdopodobne. Podjąłem jednak decyzję, że zostanę muzykiem, wybierając perkusję jako instrument wymagający największego wyzwania – każdy inny wydawał się łatwiejszy, bo wymaga pracy tylko rąk. Tym bardziej podjąłem wyzwanie gry na perkusji, bo to wydawało się być nierealne” – tak w swoich wspomnieniach opisuje swoją decyzję o podjęciu gry na perkusji Vlodi Tafel, nasz kalendarzowy bohater, którego wizerunek w postaci „Pustynnego Szperacza” znajdziecie w kalendarzu w miesiącu sierpień.

Dziś Vlodi ma dostosowaną protezę do tego, co robi, ale 34 lata temu z Narodowego Funduszu Zdrowia otrzymał protezę z najprostszego komponentu żywiczno-gipsowego (kanadyjka), który nie pozwalał na prowadzenie w pełni normalnego życia, lecz mimo to, przy ważącej 15 kilogramów protezie, którą cechowała słaba ruchomość, postanowił zawalczyć o swoje marzenia. Szkoły muzyczne, jedna po drugiej, odrzucały podania o przyjęcie, tłumacząc to brakiem przygotowania muzycznego i niemożnością zapewnienia odpowiednich warunków nauki. Uparciuch drążył dalej. Dążąc do wymarzonego celu, opłacił możliwość nauki w Ognisku Muzycznym na ul. Profesorskiej, gdzie przez rok uczył się podstaw i teorii muzyki oraz podstaw techniki gry na perkusji. Nikt wówczas nie wróżył mu sukcesu ani tego, że może zostać perkusistą. Nie ukończył Szkoły Muzycznej I stopnia, nie miał nogi, nie miał odpowiedniej protezy, ale dzięki sile woli dostał się do Szkoły Muzycznej II stopnia im F. Chopina na Bednarskiej, do klasy perkusji. Zdawało 15 na 3 miejsca!

„Przez 6 lat szkoliłem się, pragnąc spełnić swoje marzenia. Już w krótkim czasie zacząłem reprezentować szkołę w konkursach, zdobywając dla niej liczne nagrody. Po dwóch latach, równolegle, rozpocząłem naukę na Wydziale Jazzu u Czesława Bartkowskiego i Kazimierza Jonkisza. Szkołę ukończyłem z najwyższą ocena, zdobywając dyplom „Muzyk -instrumentalista w klasie perkusji” – wspomina z dumą Vlodi.
Był wówczas jedynym na świecie perkusistą takiej klasy, grającym z pełną protezą nogi!!!

Uderzyłem w instrument. Rozbrzmiał bajecznie pod dłońmi. Profesjonalne nagłośnie jam session w Stop Klatce gwarantowało duży komfort gry. Spojrzałem za siebie. Siedział za tym akrylowym zestawem, wydobywając z niego dźwięki z prędkością, o jakiej ja mogłem tylko zamarzyć. Nie pamiętam – kto uśmiechnął się pierwszy. Ja czy Vlodi Tafel? Zagraliśmy swój pierwszy w życiu jam session, powodując tę niewysłowioną radość, gdy przypadkowo spotyka się dwóch muzyków, o tym samym poziomie szaleństwa. Vlodi czarował. Malował rytmy niczym artysta. Nie grał. Leciał. To była wspaniała improwizacja i tamten wieczór zapamiętam do końca życia. Minęły dwa lata, w trakcie których rozwinąłem swoją modową działalność, doprowadzając do powstania idei stworzenia pierwszego na świecie kalendarza bajkowo post-apokaliptycznego z osobami po amputacjach. Z wielką dumą i radością przyjąłem chęć uczestnictwa Vlodi’ego w tym projekcie. Z zapartym tchem czytając o dokonanych osiągnięciach tego wyjątkowego na skalę światową perkusisty, po raz kolejny uświadomiłem sobie, że dzięki projektowi #AMPUTATION poznałem ludzi, którym los zabrał wiele, ale którzy dzięki silnej woli, walcząc o swoje pragnienia, o swoje marzenia, wywalczyli sobie więcej, niż sami mogliby się tego spodziewać. Poznałem kilkanaście osób, z których 99% to ludzie szalenie aktywni i udowadniający, że chcieć to móc. Ich historie są niezwykle motywujące, a lista osiągnięć wręcz przytłaczająca.

Cytat z fanpage PREPOSTEVOLUTION, autor: Marcin Urzędowski

KASIA: TU I TERAZ

„Dzisiaj udało mi się ogarnąć wysyłkę niemal wszystkich paczek do osób, dzięki którym mogliśmy zrealizować nasz projekt do końca. Największą radość miałam przy pakowaniu kalendarzy i podziękowań dla naszych modeli, bez których nic by się nie udało. Zdałam sobie sprawę, że pół roku temu to tak naprawdę tylko mi się wydawało, że coś wiem na temat niepełnosprawności. Wydawało mi się również, że nie brakuje mi pokory, a jednak było jej we mnie stanowczo za mało. Cały mój światopogląd się zmienił. Pamiętam mój post z czerwca gdy szukaliśmy chętnych do projektu. Napisałam, że osoby po amputacjach są uwięzione w domu i skazane na opiekę rodziny. Taki tego miałam obraz, z pewnością przez pryzmat tego jak było z moim dziadkiem. Sądziłam, że nie znajdziemy więcej takich osób jak Robert Rumiej. Tak bardzo się wtedy myliłam…

Marcin miał fanaberię, by zrobić kalendarz i mieć swoje kostiumy pięknie ujęte w moich kadrach. Ja chciałam wnieść w końcu do swojej pracy ten cały artyzm, który we mnie drzemał do tej pory nie tykany. Nie mieliśmy pojęcia co się wydarzy, gdy bez większego planowania zaczniemy wspólnie tworzyć. Mieliśmy obawy na ile uda nam się współpracować z osobami niepełnosprawnymi (tak wtedy ich określaliśmy). Jednak każda kolejna sesja powodowała u nas coraz większe zadziwienie, zbieranie szczęki z ziemi, a przede wszystkim głębokie przemyślenia na temat własnego życia. Poznaliśmy wspaniałych ludzi, którzy nie stali się na chwilę superbohaterami jedynie na potrzeby sesji zdjęciowych, bo okazali się prawdziwymi superbohaterami w życiu. Ich postawa życiowa, ich niezwykłe historie oraz pozytywna energia pozwoliły nam określić dokładny cel tego projektu jako nie tylko artystyczny, ale przede wszystkim społeczny. Nie byliśmy już w tym sami, a ze wspaniałą pozytywną grupą ludzi.

Przejechaliśmy około 5500 km, spędzając w samej tylko podróży 60 godzin. Tworzenie kostiumów, praca na planie zdjęciowym, obróbka zdjęć, działania marketingowe by zbiórka zakończyła się sukcesem oraz wiele innych – to wszystko zajęło nam około 800 godzin pracy.
Mimo wielu trudności, zmęczenia i frustrujących sytuacji, nigdy się nie poddaliśmy i nie zwątpiliśmy, bo wszyscy uwierzyli w nas i w to co robimy”.

Kasia Miko, źródło: Madam Miko, fanpage

EZO ONEIR: ODPOWIEDŹ NA WĄTPLIWOŚCI.

Pamiętacie ich pierwsze spotkanie i to, jak zaczęło się od marzenia? Możecie sobie przypomnieć TUTAJ. Kasia i Marcin wykonali przez zaledwie kilka miesięcy artystyczne dzieło, które zmienia postrzeganie ludzi z niepełnosprawnością i podnosi świadomość ludzi. Gdy to piszę czuję absolutny zachwyt i dumę z tego, że nie zaniechali swojego marzenia. Zdobyli pieniądze z crowdfundingu i ukończyli je w spektakularny sposób.

„Dla mnie to kolejne potwierdzenie, szczególnie po wygranych mistrzostwach świata Jowity Woszczyńskiej w sugarcraftingu, że spełnianie marzeń i dążenie do bycia lepszym, jest celem życia. Dziękuję Kasi i Marcinowi za to doświadczenie”.

Ezo Oneir. Prezes fundacji artystycznej „Przestrzeń Wariantów”.

Tak to się zaczęło:

A tak dokonało:

Kalendarz można nabyć TUTAJ.

Informacje o artystach: Kasia Miko – fanpage Madam Miko | Marcin Urzędowski – fanpage Prepostevolution.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s