Deadline prokrastynacji

Wybiła 9:00. O tej godzinie nad Gardą rozpoczynałyśmy zajęcia z kreatywnego pisania. Dzisiaj dzień zaczęłam tak, jak lubię i jak to robiłam tam. Pobudka o 7:00, czytanie książki w łóżku, tym razem dr Joe Dispenza „Efekt placebo”, śniadanie zjedzone przy dźwiękach muzyki klasycznej, a późnej chwila, ale dosłownie chwila na fb i wyzwanie od Justyny. Jak zbieram się do napisania opowiadania – jak to się zaczęło i co dalej? Dysponuję czasem do końca tygodnia, bo przeziębienie mnie rozłożyło i łóżko na ten moment stało się moim najlepszym przyjacielem. Przykryta kocem z kubkiem gorącej herbatki – oczywiście z miodem, aby poziom cukru we krwi za bardzo nie spadł, opowiem wam, jak się zbieram do napisania opowiadania. Ano długo.

W tym miejscu wykonam na sobie samoosąd i z czystym sumieniem napiszę, że jestem prekursorem nurtu zwanego prokrastynacją. Nurt ten wywodzi się od pięknego łacińskiego słowa procrastinatio – odroczenie, zwłoka. Słowo ładne, ale to znaczenie… Jakbym w sądzie była. Powiało chłodem.

Prokrastynacja to tendencja utożsamiana z odwlekaniem lub przekładaniem czegoś na później i ujawnia się w różnych dziedzinach życia. Zaczynamy już w podstawówce, bo kto z nas nie uczył się na ostatnią chwilę? Wszyscy znamy słowo „deadline”, które w tłumaczeniu na polski oznacza „linia śmierci”. Deadline tu, deadline tam – sami sobie wyznaczamy nasze granice śmierci i przez to umieramy kilka razy w tygodniu. Deadliny nas gonią! – Też wyobrażacie sobie kostuchę z kosą która za wami biegnie, a wy uciekacie i uciekacie? No bo na chłopski rozum, kto chciałby umrzeć kilka razy w tygodniu? A gdyby tak używać innego słowa, na przykład „winlinie”, „prizeline”, „lovelinie”. Czy nie byłoby przyjemniej? Przyjemniej byłoby też, gdyby nas wszystko nie goniło. Tymczasem wstajemy rano, ustawiamy się na pasach startowych i zaczynamy swój codzienny maraton. I teraz odpowiedzcie sobie na pytanie, kiedy następuje deadline? Już o 12:00? Czy może o 13:00? Są wytrwalsi? No to może 20:00? I w tym maratonie codziennie bierzemy udział, jeszcze się jedno nie skończy, a już 20 następnych w kolejce czeka. Oczywiście zgodzę się, że są rzeczy ważne i pilne, a niektóre rzeczy chcą się w naszej głowie ułożyć i to jest też dobre.

Po tym krótkim wstępie możecie już się domyślić, że do napisania opowiadania zabieram się długo. A dlaczego? Odpowiedź jest prosta – bo ciągle uważam, że mogę coś zrobić lepiej i zanim je napiszę, chcę mieć pewność, że to już jest to najlepiej. I to jest mój pierwszy deadline – sama się zabijam – bo jak już wiemy, zawsze można coś zrobić lepiej, ale jak jeszcze nic nie ma, to jak to poprawić? Kolejna wyzwanie to zbieranie ogona, a, że on długi i zawsze jest coś, co rozprasza – bo już siadam i już laptopa otwieram, a tu nagle… rosół zaczyna się gotować. Albo dzisiaj o 9:00 miałam zacząć pisać opowiadanie, ale wpadł temat, który mnie poniósł. I to jest też dobrze. A dlaczego? Bo zaraz po tym, na fali sukcesu i podniesionego poziomu serotoniny powstanie opowiadanie!

Wróćmy do początku – jak to się wszystko zaczęło? Zaczęło się od Gardy i od zajęć z opowiadania. W głowie miałam już gotowy pomysł, ale jednocześnie bardzo dużo wątpliwości, czy chcę to opowiedzieć. Najpierw szlifowałam warsztat podczas zajęć, słuchałam dziewczyn, a w głowie kotłowały się myśli, czy to już dziś o tym opowiedzieć, czy może jeszcze nie. I tak mijały dni. Pewnego dnia w małym gronie poszłyśmy do naszej ulubionej restauracji, podczas jedzenia pysznej włoskiej pizzy i po jednej lampce aperolu opowiedziałam, co mi w głowie siedzi, jaki mam scenariusz mojego opowiadania. Zdradzę wam, że były emocje.

Na ostatnich zajęciach przeczytałam początek:

„Przechadzała się brzegiem jeziora, stąpała po kamienistej plaży, a fale obmywały jej stopy. Patrząc na wodę pomyślała, że życie jest jak fala – przypływa z doświadczeniami i odpływa z tym, co nie jest już potrzebne. Usiadła na leżaku zatopiona w promieniach słońca i zasnęła.”

Joanna Rajska, Opowiadanie – początek.

I co dalej? Dalej jest scenariusz, są bohaterowie, pomysł. Czego brakuje – odwagi, aby to w końcu napisać. Co jest? Lęk przed wyjęciem z szuflady.

Prokrastynacja towarzyszy nam bardzo często. Zapytacie, dlaczego odkładamy na później? Może dlatego, że za dużo bierzemy na swoje barki, a życie pędzi jak szalone. Poddajmy się temu doświadczeniu, ale gdy uznamy, że już dość, odpuśćmy i dajmy je zabrać fali.

Joanna Rajska

Joanna Rajska to autorka bloga „Przejdźmy na druga stronę” oraz projektu „Adore yourself” skupiającym się na duszy, pięknie i pasji kobiet w ramach którego prowadzi warsztaty „Drzewo marzeń”. Pisze dla kobiet i o kobietach. Wizjonerka i aktywistka społeczna, wolontariuszka w akcjach społecznych organizowanych m.in. przez Vital Voices Chapter Poland. Marzycielka spełniająca marzenia. Wierzy w miłość.  Ukończyła finanse, socjologię oraz dyplomację. Pracuje w międzynarodowej korporacji.  Kobieta o wielu zainteresowaniach. Od dziecka uwielbia podróże, odkrywanie świata i kultury. Wieczorami oddaje się rytmom salsy i bachaty, a dla równowagi praktykuje jogę. Uwielbia jazdę na rowerze.  Słucha jazzu i muzyki klasycznej, najlepiej z czarnej płyty.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s