Jak spełniłem marzenie o przebiegnięciu maratonu cz.2

Tamten start, we wrześniu 2014, dostarczył mi największego wzruszenia ze wszystkich moich startów. 

Na mecie czekała na mnie cała moja rodzina. Gdy przekroczyłem linię mety, syn i młodsza córka wpadli mi w ramiona. Żona zrobiła piękne zdjęcie dokładnie w tym momencie. Za każdym razem, gdy wspominam tamtą chwilę, przeżywam to samo wzruszenie. Stadion Narodowy, ukończony maraton i najbliżsi czekający na mnie. To jest jedna z tych chwil, którą będę pamiętał do końca życia.

POD OKIEM TRENERA

Gdy opadły emocje i doszedłem po kilku dniach do siebie, zwykle trwa to 4-5 dni, zacząłem analizować bieg i sposób przygotowań.  Najwyraźniej gdzieś robiłem błąd, bo złamanie 4 godzin wydawało się być bardzo odległe. Kilka tygodni po biegu, dowiedziałem się, że jeden z moich kolegów biegaczy, jest członkiem nieformalnej grupy prowadzonej przez małżeństwo biegaczy maratończyków i normalnie trenuje pod ich okiem.  Wypytałem co i jak, i po dwóch dniach też już byłem członkiem grupy, co oznaczało, że od tego momentu będę trenował według wytycznych trenera. Można powiedzieć, że dopiero wtedy zacząłem tak naprawdę trenować bieganie.

Ustaliliśmy sobie wspólnie, jaki jest kolejny docelowy bieg i otrzymałem plan treningowy do kolejnego maratonu, tym razem maratonu Orlenowskiego, także w Warszawie. Warszawa jest jednym z niewielu miast europejskich, które może poszczycić się dwoma biegami maratońskimi – Orlen maraton w kwietniu oraz PZU maraton we wrześniu. Zgłoszenie się na imprezę kwietniową oznaczało, że skazuję się na ciężkie treningi w okresie zimowym, co akurat niezbyt lubię.  Nieważne, że na termometrze czasami jest minus 15 stopni. Trzeba ubrać się, wyjść na trening i zrobić swoje. Zasuwałem tamtej zimy jak nigdy. Realizowałem plan treningowy bardzo sumiennie.

KRYZYS I NIEUKOŃCZONY BIEG

Tydzień przed maratonem, jako ostatnie przetarcie, pobiegłem 10 km w Gnieźnie, gdzie zrobiłem mój nowy rekord życiowy na tym dystansie. Oznaczało to, że jestem świetnie przygotowany. Za tydzień miał być maraton Orlen i jak nigdy chciałem już dostać mój medal. Niestety nigdy nie odebrałem go.

Trener zdecydował, że mamy biec w trójkę, gdyż biegaliśmy na podobnym poziomie – ja oraz dwóch innych członków naszej grupy biegowej.  Świetnie nam szło i regularnie pokonywaliśmy kolejne kilometry w czasie o 15 – 20 sekund szybszym niż nam nakazał trener. W głowie liczyłem jaką to wspaniałą życiówkę wykręcę.  Zdecydowanie poniżej czterech godzin. Jednak około 27 km zaczął dopadać mnie kryzys i powiedziałem moim towarzyszom niedoli, że muszę zwolnić i niech sami biegną. Zacząłem zwalniać do tego stopnia, że zacząłem iść zakosami, na co zwracali uwagę mijający mnie biegacze. Gdy zobaczyłem znacznik 31 km i przeanalizowałem mój stan fizyczny, nie było absolutnie mowy, abym dotarł do mety. Jedyną słuszną decyzją była rezygnacja z dalszego biegu i zwrócenie się o pomoc do woluntariuszy, których było mnóstwo wzdłuż trasy. Na karetkę czekałem 40 minut, co uważam, było skandalem, gdyż w tym czasie mógłbym zejść z tego świata kilka razy. Trafiłem do szpitala w dosyć nieciekawym stanie, bo takich torsji nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Kilka godzin byłem podpięty pod kroplówki i dochodziłem do siebie. Byłem strasznie zły i odczuwałem wstyd, że zawiodłem siebie, trenera, oraz wszystkich tych, którzy mi kibicowali. Tak bardzo chciałem złamać te 4 godziny i uważam, że gdyby nie moja głupota i brak szacunku do dystansu, na pewno by się udało.  Byłem wówczas najlepiej przygotowany i biegałem bardzo szybko. Głowa nie wytrzymała i dostałem nauczkę, którą zapamiętałem bardzo dobrze. Na wszelki wypadek zdecydowałem się na gruntowne badania kilka dni później. Lekarz sportowy, gdy zobaczył wypis z warszawskiego szpitala i dane z badania, stwierdził, że decyzja o zejściu z trasy była jedyną słuszną, bo kolejny etap, to mogło być zejście z tego świata. Dziwnie się słuchało tych słów pod swoim adresem, bo brzmiały bardzo poważnie.

NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ!

Gdy wróciłem z Warszawy po mojej największej porażce maratońskiej, jeszcze tego samego dnia zapisałem się na kolejny maraton. Znowu maraton warszawski PZU we wrześniu, z metą na Narodowym.

Kilka miesięcy przygotowań, ciężkich treningów rozpisanych przez trenera. Tym razem przypadły na okres letni, co mi nie przeszkadzało. Dodatkowo dwa tygodnie wakacji w Chorwacji spowodowało, że treningi nakładające się na termin tego wyjazdu, odbywały się w bardzo wysokich temperaturach.  W ciągu dnia powietrze dosłownie stało, więc, aby uniknąć największego żaru z nieba, treningi wykonywałem relatywnie wcześnie rano. Gdy wracałem, rodzina siadała do śniadania, a ja wówczas miałem już kilkanaście kilometrów w nogach. 

Treningi jakie wykonywałem przez cały okres przygotowawczy były ciężkie, ale nie odczuwałem tego, bo mimo wszystko startowałem już z innego pułapu, byłem na początku lepiej wytrenowany. I tak dotrwałem do kolejnego maratonu PZU w Warszawie.

Pogoda w dniu startu była skrojona pode mnie.  Ciepło, słonecznie, ale na starcie rześko, więc było czym oddychać. Dopieściłem każdy szczegół przedstartowy. W tygodniu poprzedzającym start w maratonie należy trzymać odpowiednią dietę. OK, może dla takiego amatora jak ja, nie ma to aż takiego wielkiego znaczenia dla fizycznej formy, było to bardziej zrobione dla głowy i spokoju ducha, że wszystko odbyło się jak należy.  Dzień wcześniej nawodniłem się, naładowałem węglowodanami, rano łyknąłem magnez, na trasę pamiętałem zabrać ze sobą Nospę, aby w razie skurczów brzucha móc szybko zareagować. No i oczywiście miałem ze sobą cały zestaw żeli i batoników energetycznych. Od początku biegło mi się znakomicie. Każdy kilometr do mniej więcej połowy dystansu biegłem równym tempem. Można było regulować zegarek według czasów poszczególnych kilometrów. Za połówką troszeczkę osłabłem, ale nie na tyle, żebym mógł powiedzieć, że dopadł mnie kryzys. Owszem, miałem kryzysy wynikające z bólu nóg, ale nie z braku energii. Cały dystans pokonałem biegiem non stop, nie przeszedłem w chód ani razu.  Kilometry mijały mi w miarę szybko, energię miałem do samego końca. Ostatnie dwa kilometry, gdy już Stadion Narodowy był w zasięgu ręki, przestałem kalkulować i patrzeć na tętno, przycisnąłem na tyle, na ile było mnie wówczas stać. Znowu euforia, gdy wbiegałem w tunel stadionu i pęd do mety już na samej płycie boiska. To był piękny moment mojego triumfu, bo wiedziałem, że nie tylko ustanowiłem moją nową życiówkę, ale złamałem znacznie granicę 4 godzin. 

DUMA Z OSOBISTEGO REKORDU

Od tamtego momentu mój rekord życiowy w maratonie wynosi 3:50:01. Jestem świadomy, że nie jest to rekord świata, że wielu moich znajomych biegaczy biega maratony znacznie szybciej, ale to jest MÓJ rekord i tej radości i dumy nikt mi nie zabierze. Szkoda, że nie pobiegłem o 2 sekundy szybciej.  Byłoby 3:4 z przodu. Ale może jeszcze kiedyś uda mi się poprawić ten czas, więc nie robię tragedii. Dostałem mnóstwo gratulacji od wielu znajomych z całego świata. Bardzo rzadko jestem w stanie powiedzieć, że zrobiłem coś, co naprawdę mi wyszło. Tamten bieg mi wyszedł i to jest jeden z tych momentów, kiedy przeżywałem absolutne zadowolenie z siebie. W Warszawie byłem sam, bez rodziny. Chciałem być skupiony na biegu, bez rozpraszania się. Po powrocie do domu Żona miała przygotowaną specjalną kolację, szampana i specjalne kieliszki z wplecionymi w szkło złotymi elementami. Gdy od czasu do czasu korzystamy z tych kieliszków, automatycznie przypomina mi się tamten wieczór i powód dlaczego z nich piliśmy szampana.  To był piękny dzień.


O autorze:

Piotr Derecki – mąż i ojciec trójki wspaniałych dzieci.  Przedsiębiorca. Z wykształcenia nauczyciel angielskiego.  Były piłkarz. Stypendysta Georgia Rotary Student Program w University of West Georgia w miejscowości Carrollton, Georgia, USA.  Pasjonat wszelakich sportów, ale najbliższą sercu pozostaje piłka nożna. Lubi pozostawać w ruchu i bieganie jest takim właśnie sposobem na ujście energii oraz stresu, które zapewnia życie. Drugą wielką pasją jest gotowanie. Uwielbia także podróże, w szczególności do i po USA. Zakochany jest w Nowym Jorku. Tak jak obecny Prezydent RP, cały czas się uczy:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s