Jak spełniłem marzenie o przebiegnięciu maratonu cz.1

Zawsze sportem numer jeden była dla mnie piłka nożna. Nie tylko oglądałem, ale przez kilka lat czynnie ją uprawiałem jako zawodnik lokalnego klubu.  Bardzo angażowałem się w treningi. Także te, które nie do końca mi odpowiadały, ale niestety były konieczne, aby w trakcie sezonu, dobrze prezentować się na boisku. Były nimi treningi biegowe. Jak ja ich nienawidziłem!

PIERWSZY BIEG DLA PRZYJEMNOŚCI

Gdy zakończyłem grę w klubie piłkarskim, pozostałem aktywny sportowo. Nie były to już profesjonalnie zorganizowane treningi, tylko raczej amatorskie współzawodnictwo na pograniczu sportu. Z czasem było ich coraz mniej, bo praca zawodowa, a to dzieci się pojawiły i po prostu brakowało sił, czasu i chęci.  Jednak od czasu do czasu pojawiały się momenty, kiedy mnie nosiło i potrzebowałem ruchu. Nie zawsze byli pod ręką znajomi, aby wspólnie wyskoczyć na salę i pograć w piłkę, kosza, siatkówkę, czy chociażby w ping ponga.

Pamiętam jedną niedzielę. To był na pewno luty, dwa tysiące któregoś roku, gdy najstarsza córka była na już świecie.  Kilka stopni poniżej zera, sporo śniegu, mocne słońce. Zachciało mi się po prostu pobiegać tak, jak musiałem wiele lat wcześniej, gdy grałem w piłkę. Różnica polegała na tym, że wtedy bieganie było narzucone przez trenera, bo po prostu trzeba było „wykręcić” odpowiednią liczbę kilometrów.  Wówczas musieliśmy zbudować kondycję, a teraz poczułem potrzebę. Ubrałem się po piłkarsku. Nawet buty piłkarskie założyłem, bo typowych biegówek nie miałem i poszedłem do lasu. Nieważne było, że moja dyspozycja odbiegała od ideału.

Pamiętam jak dobrze się czułem biegnąc w tak przyjemny dzień. Lekki mróz, jednocześnie intensywne słońce. Cisza wokół, tylko skrzypienie śniegu pod nogami. Nikogo na horyzoncie, tylko ja sam. Wówczas chyba pierwszy raz odczuwałem przyjemność z biegania.  Nie był to zbyt długi bieg, bo ani nie byłem przygotowany, ani nie wykonałem go dobrze. Chyba nawet nabawiłem się lekkiej kontuzji. Pamiętam jak się wtedy wspaniale czułem – lekki, dotleniony, wolny. Zadowolony. To były najprawdopodobniej te słynne endorfiny, które wydzielają się podczas wysiłku fizycznego, ale wtedy o nich jeszcze nie słyszałem. I jeszcze zapamiętałem z tamtego dnia wspaniałą ciepłą kąpiel i zimny izotonik. Tak, to było piwo. Tamto zestawienie – zadowolenie po dobrze wykonanej robocie, ciepła kąpiel i zimne piwo – to było coś!

Od tamtego momentu wychodziłem raz po raz pobiegać. Były momenty zrywu, gdy robiłem to w miarę regularnie, ale też długimi miesiącami odpuszczałem, bo zawsze coś się przypętało.  A to dziecko się urodziło i fizycznie nie dawałem rady, a to było zbyt zimno, a to intensywnie pracowałem i brakowało czasu, a to przeziębiłem się. Jeśli biegałem, to tak, żeby podreptać, poczuć, że coś robię.

Zrodził mi się wówczas plan, że przed skończeniem czterdziestki przebiegnę maraton, ale było to raczej postanowienie życzeniowe. Nic poza chceniem w tym kierunku nie robiłem, tym bardziej, że na świecie pojawiło się moje trzecie dziecko i znowu byłem nieco zmęczony.

OD PLANU DO REALIZACJI – PIERWSZY IMPULS

2013 rok, długi weekend majowy. To wówczas coś w mojej głowie zaskoczyło. Na koniec września, od ponad 40 lat odbywa się w Warszawie maraton. Tydzień po maratonie 2012 przypadkowo w tv natrafiłem na reportaż o maratonie warszawskim. Jak zobaczyłem te roześmiane, szczęśliwe buzie uczestników, pamiętam, że pomyślałem:

„Za rok tam jestem!”

Wracając do majówki 2013, po raz pierwszy stanąłem na starcie biegu masowego. Na początek wybrałem bieg na 10 km z cyklu „Bydgoszcz na start!”. Wówczas w miarę regularnie już biegałem, więc dystans, choć niezbyt krótki, dałem radę przebiec. Super atmosfera na starcie, mnóstwo roześmianych, kolorowo ubranych ludzi, którzy byli tam w tym samym celu, aby zmierzyć się z dystansem. 

Pobiegłem, jako nowicjusz, w miarę OK. Tak mi się wydawało. Zawsze trafi się jakaś atrakcyjna kobieta biegnąca przede mną i wtedy jest motywacja, aby ją gonić, a przynajmniej trzymać się jej w zasięgu wzroku. Jakże deprymujące było, gdy dystans pomiędzy nią i mną się zwiększał – „Czemu ode mnie uciekasz?!” wołał głos w mojej głowie. Pamiętam jeszcze z tamtego biegu, że na kilometr przed metą, gdy już ledwo pamiętałem jak się nazywam, minął mnie biegacz, który jednocześnie pchał wózek ze swoim małym dzieckiem. To dopiero było deprymujące! Jakoś dobiegłem do mety, która była usytuowana na bieżni stadionu Zawiszy i odebrałem mój pierwszy medal za ukończenie biegu masowego. 

Gdy wbiega się na metę, towarzyszy temu niesamowite uczucie szczęścia. Nieważne, że jestem w którejś tam setce. Liczy się fakt ukończenia. Każdy, bez wyjątku, biegacz czuje podobnie. Tam, podczas biegu, każdy przeżywa to samo, niezależnie od tempa jakim biegnie. I chyba na bazie tej euforii postanowiłem, i co ważniejsze, zapisałem się na maraton warszawski we wrześniu 2013.

DECYZJA O UDZIALE W MARATONIE NA 100%

Aby przebiec maraton należy uczciwie się przygotować. Nie ma drogi na skróty. Albo decydujesz się na 100% że biegniesz ten dystans, albo odpuść sobie. Sam bieg, jakkolwiek nie byłby trudny, jest wisienką na torcie. To co jest rzeczywistym wyzwaniem, to przygotowania. Wtedy, w maju 2013 wiedziałem, że czekają mnie trudne treningi. Sporo czytałem o treningach długodystansowców, ale przygotowania, teraz z perspektywy czasu, do tamtego, pierwszego maratonu, oceniam bardzo krytycznie. Choć nabywałem wiedzę teoretyczną jak ustawić plan treningowy, sporo rzeczy robiłam na wyczucie. Jedno co mi się wówczas udało, to rzeczywiście, regularnie 3-4 razy w tygodniu trenowałem.

Przygotowania do tak długiego dystansu wymagają bardzo ciężkich treningów o różnej charakterystyce, tak, aby przyzwyczaić organizm do ekstremalnego wysiłku. Główny akcent treningowy robi się zwykle na zmęczeniu, gdy ma się juz w nogach kilka, kilkanaście kilometrów. Bieganie po górkach, podbiegi krótsze, dłuższe i tempówki doprowadzały mnie czasami do stanu, który trudno nazwać normalnym. Nic przyjemnego, ale niestety tak trzeba. W ostatnim, decydującym okresie przed startem, należy robić dłuższe wybiegania.

Te dziesiątki powodów, które pojawiają się w głowie, aby jednak sobie odpuścić, zrozumie tylko ten, kto czegoś takiego doświadczył. Sobota albo niedziela rano, gdy większość rodziny jeszcze leniwie spędza czas w łóżku, a ja mam przed sobą np. 30 km.  Świadomość tego, szczególnie na początku, jest nieco przytłaczająca. Ważne jest, aby odrzucić tę myśl, że jest jeszcze przed tobą sporo kilometrów i zaprzęgnąć mózg do myślenia o czymś innym.

Ja zabijam myśli słuchaniem muzyki, dosyć ostrej, energetycznej, która daje kopa. Zwykle to jest AC/DC, Metalica, muzyka z filmu o Rocky’m. Albo nastawiam podcasty z audycjami dotyczącymi tematów, które mnie interesują. Wtedy czas szybciej płynie i skupiasz się na innych sprawach niż zmęczenie, bo ile można wysłuchiwać tego mojego dyszenia i jęczenia. To strasznie nużące. Oprócz elektroniki zabieram na takie długie treningi sporo picia. Niektórzy z moich znajomych żartują sobie, widząc jak jestem przygotowany, niczym na wojnę: bidony z wodą, a także żele energetyczne, które należy spożywać, aby nie paść na dystansie, gdzieś w lesie. Tak po prostu mam, że wodę muszę mieć. Nawet, jeśli nie odczuwam pragnienia, głowa wówczas mi lepiej funkcjonuje, gdy mam świadomość, że w razie czego, mogę po nią sięgnąć.

DZIEŃ STARTU

Maraton to święto biegaczy. Gdy stoisz przed wyruszeniem na trasę, wśród tysięcy podobnych biegaczy, za każdym razem doświadczałem dwie emocje – strach i wzruszenie. Fakt, że przed tobą 4 godziny walki z samym sobą, bólem, słabościami, kryzysami, jest bardzo przytłaczająca. Ale jednocześnie w momencie, gdy moja grupa rusza, i przekraczam linię startu, włączam aplikacje biegowe w telefonie, pulsometr, napływają mi łzy, które skutecznie maskuję okularami biegowymi. Odczuwam wzruszenie, że uczestniczę w czymś wielkim.  Jednak to wszystko mija, gdy wchodzi się w rytm i reguluje tempo, aby każdy kilometr jednak pokonywać w podobnym czasie. W tamtym, pierwszym maratonie, udawało mi się to robić do pewnego momentu. Tak jak na początku jestem wzruszony, tak po 10 km przeklinam i pytam co ja tutaj robię. Jak się okazało, nie byłem przygotowany na tyle dobrze, żeby przebiec bez przerwy cały dystans. Do 25 – 30 km udawało się, ale wtedy, gdy nogi i właściwie całe ciało bardzo boli, wybawieniem jest przejście w chód. Gdy zrobi się to pierwszy raz, niestety jest to już koniec biegu ciągłego.  

Co jakiś czas robi się taką właśnie przerwę po podbiegnięciu kolejnych kilkuset metrów, kilometra, dwóch.  Ja nie dawałem rady, aby zmusić się do biegu non stop, bo ból po 30 km jest już niesamowity. Pamiętam, że gdy zobaczyłem znacznik 41 km, postanowiłem, że od tego momentu, choćby nie wiem jak będzie bolało, to będę biegł do samej mety. Udało się, tym bardziej, że wówczas widziałem już sylwetkę Stadionu Narodowego, gdzie usytuowana była meta. Gdy wbiegałem w bramę stadionu i chwilę później, gdy byłem na ostatniej prostej, wtedy zrozumiałem co to jest za euforia, która towarzyszy maratończykom.

To jest nie do opisania – szczęście, duma, radość, przypływ niesamowitej energii. Mimo bólu pędzi się do tej upragnionej mety, chce się skakać, krzyczeć.  Absolutne wzruszenie! 

Biegacze wówczas wykonują różne dziwne rzeczy  – podnoszą ręce, krzyczą, płaczą, klękają za metą, niektórzy z dziećmi na rękach przekraczają metę. Poczucie szczęścia tam na mecie. I ten upragniony medal, który otrzymuje każdy kto ukończył bieg. To wówczas najcenniejsza rzecz na świecie. Ja za każdym razem śpię z moim medalem przez kilka kolejnych nocy. Ten pierwszy raz zapamiętałem bardzo, choć czas, jak się później okazało, był najgorszy ze wszystkich moich biegów maratońskich – 4:23:25. Jednak nie dbałem wówczas o to jaki czas uzyskam, które miejsce zajmę.  Chciałem skosztować, jak smakuje maraton. Dowiedziałem się i duma mnie rozpierała.

Rok później stanąłem na linii startu kolejnego dla mnie, ale tego samego maratonu PZU w Warszawie. Plan był taki, aby poprawić czas i najlepiej jeszcze złamać 4 godziny, jednak infekcja, jaka przypętała mi się w tygodniu poprzedzającym start, pokrzyżowała mi plany. 

cdn.

O autorze:

Piotr Derecki – mąż i ojciec trójki wspaniałych dzieci.  Przedsiębiorca. Z wykształcenia nauczyciel angielskiego.  Były piłkarz. Stypendysta Georgia Rotary Student Program w University of West Georgia w miejscowości Carrollton, Georgia, USA.  Pasjonat wszelakich sportów, ale najbliższą sercu pozostaje piłka nożna. Lubi pozostawać w ruchu i bieganie jest takim właśnie sposobem na ujście energii oraz stresu, które zapewnia życie. Drugą wielką pasją jest gotowanie. Uwielbia także podróże, w szczególności do i po USA. Zakochany jest w Nowym Jorku. Tak jak obecny Prezydent RP, cały czas się uczy:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s