ZAKLINANIE RZECZYWISTOŚCI

ZAKLINANIE RZECZYWISTOŚCI

Odkąd zostałam członkinią fundacji artystycznej Przestrzeń WariaNtów, nic się nie stało. Nic się nie stało też w ostatni chłodny weekend października 2018 roku, kiedy we dwie z Ezo i trójką dzieci pojechałyśmy na jedną noc i kilka godzin na Hel. Zrobiłyśmy sesję zdjęciową w zimnym morzu. Oczywiście nie zachorowałam, bo ja nie choruję. Podobnie jak nie zachorowałam latem, gdy próbowałam iść do wody ze stołkiem, aby na nim stać. Ale ciągle upadałam. Miałam tylko zdjęcia, na których Ezo Oneir uchwyciła ten moment, gdy rozum i serce stają się spójne.

Zimny Bałtyk? Ten wariant rzeczywistości nie istnieje.

Dopiero później przypadkowe spotkanie w barze mlecznym dało mi do myślenia. Odebrałam wizytówki fundacyjne i okazało się, że moja głowa jest gorszym atrybutem niż tylna część ciała. Byliśmy w trojkę. Oni rozmawiali o tym, o czym ja nie wiedziałam – o regułach i definicjach „Przestrzeni Wariantów”. Milczałam, bo nie miałam nic powiedzenia.

NIEKTÓRE MARZENIA GNIJĄ JAK JABŁKA

Tak! Są wytłumaczenia jak: brak czasu, małe dzieci, praca, dojazdy, korki, alkohol, marzenia, filmy i sukienki na OLX za kilka złotych.

Nie! Nigdy nie oszukuję siebie, najwyżej mówię sobie szczerze, że jestem za słaba. Szukam drogi wyjścia lub obejścia. Pasuję na krótko.

Wróciłam do domu, odpaliłam Internet i kupiłam siedem tomów książki „Transerfing rzeczywistości” Vadima Zelanda. Pierwsza część nosi tytuł właśnie „Przestrzeń wariantów”. Drugi tom nazywa się intrygująco „Szelest porannych gwiazd”. To w skrócie cichy szelest, powiew, szept naszej zahukanej duszy, która mówi temu uzależnionemu od idei i trendów, pozornie mądremu rozumowi: „proszę… nie!!!, ja tego nie chcę”. Ona, zdegradowana, bardziej wie czego nie chce, niż do czego dąży. Przeczytałam całość.

Transerfing Rzeczywistości Zelanda.

I nagle już wiedziałam. Nie chcę z mężem, z którym jestem. Nie mogę dłużej funkcjonować w domu przy lesie, który sami zbudowaliśmy. Nie chcę układów usztywniających mnie jak beton i słów pustych jak pustka. Niektóre marzenia gniją jak jabłka. Zmieniłam wszystko przez – mniej więcej – trzy miesiące.

Nauczyłam się rozświetlać rzeczywistość, którą pragnę mieć wokół. Myślę wizjami, czuję pozytywnie, unikam sporów. Nie babram się w bajorkach negacji.

KIEDY DENTYSTA MÓWI ZOBACZYMY

Lubię chodzić do dentysty. Konkretnie do mojej dentystki, do której mam zaufanie. Świetna kobieta, pogodna, ma trójkę dzieci. Pracuje w szkole podstawowej, a dodatkowo trzy dni w prywatnym gabinecie. W trakcie leczenia słucha energetycznej muzyki. Uśmiecha się. Zdradza, że idzie czasem do pracy odpocząć. Rozumiem ją.

Od jakiegoś czasu kłuje mnie w górnej piątce czy czwórce, nigdy nie ogarnęłam tego liczenia. Niedawno miałam leczenie kanałowe. Trochę bolało, jak dotykałam. To w sumie było fajne. Albo nic nie czułam, a jak potrzebowałam naciskałam palcem wokół zęba i pojawiał się ból. Słaby ból, kontrolowany. Ale jednak na tyle odczuwalny, że mogłam myśleć o nim, a nie o problemach. Miałam w sobie własny regulator. Przeskakiwałam z bólu na ból, z psychicznego na fizyczny. Mrowiło w nerwach, ale spokojnie dało się znieść. Tak na dziewięćdziesiąt procent angażowało myśli. To dużo. Dobrze. W zeszły piątek, o ósmej rano poszłam do szkoły córki, opowiedzieć o swoim zawodzie. Nad zębem odkryłam ropę. Miejsce bolało już bez naciskania, ale w czasie lekcji udawałam, że tak nie jest. Chwilę zastanawiałam się czy to zbagatelizować? Jednak po namyśle zadzwoniłam do dentystki i pojechałam do niej.

Leżałam sobie na fotelu. Jak na masażu. Pani M. wyczyściła ząb. Mówi, że nie może wejść do kanałów, są jakieś zmiany. Nie może ich wyczyścić. Muszę wziąć antybiotyk i znaleźć dentystę, który ma mikroskop.

– Nie chcę – mówię. – Pani ufam.

– Zobaczymy – odpowiada ona. Umawiamy się na wtorek.

WTOREK JEST DZISIAJ

Na ósmą odwożę córki do szkoły. Jadę samochodem w korkach zrelaksowana, słucham pobudzającej muzyki. Przed wejściem do gabinetu muszę chwilę poczekać, więc zaczynam czytać książkę. Bardzo mnie zaintrygowała. Kupiłam na marketowej hali wśród pietruszki. Dentystka woła, wchodzę radosna. Zaczynam wizualizację, używam zamiaru zewnętrznego. Nie ma we mnie ani milimetra zwątpienia. Chcę, aby ona wyleczyła ten ząb, bo szkoda mi pieniędzy i czasu na szukanie obcego dentysty z mikroskopem. Pani narzeka, że nie może znaleźć kanałów. Nie może też bardziej nawiercać, bo naruszy strukturę zęba. Leżę zrelaksowana, jak na plaży, na słońcu. Co w sumie uwielbiam. Mam zamknięte oczy. W moją twarz faktycznie napierdala lampa jak słońce. Przesyłam pani pozytywne wizualizacje, ani przez sekundę nie odnoszę wrażenia, że się nie uda.

Ona narzeka: – Chyba się nie da. Niech pani zobaczy, wszystkie igły się łamią.

Igły – mam z nimi jakiś układ. Przyciągamy się. Teraz staję się słabsza, aby one były silniejsze. I jedna igła wchodzi do kanału. Dentystka jest zdziwiona, ale robi co trzeba, czyści profesjonalnie. Trochę boli, ale jestem ludzka, więc umiem walczyć z bólem. Niweluję go w sobie, odpycham. Wysyłam na wakacje. Jestem przecież na plaży. Marzę.

Pani bierze do ręki duże zdjęcie rentgenowskie i mówi, że nie widać drugiego kanału. Wpatruje się w nie pod lampą. Z determinacją zagląda w czarno-białą rzeczywistość fotografii. A ja tworzę w sobie potoki energetyczne, barwne. Przesuwają się, zgodnie z zaleceniami przestrzeni wariantów – w górę i w dół. Na przemian. Dentystka bierze igłę, moją kolejną kumpelkę i wkłada ją w znaleziony kanał. Czyści go starannie. Jest przyjemnie. Relaksuję się i odpoczywam. Jestem taka ludzka. Wiem, jak wszyscy, że warto wykorzystać chwilę, bo zaraz będę musiała stoczyć mnóstwo codziennych potyczek, aby wygrać kolejną dobę słoneczną.

Pani wkłada lekarstwo, zabezpiecza ząb i uśmiecha się zdziwiona. Mówi: „Upór się opłaca. Nawet po zobaczeniu zdjęć rentgenowskich miałam wrażenie, że nie uda mi się tam dojść z tym sprzętem, którym dysponuję”.

Odpowiadam szczerze: „Od początku w panią wierzyłam.”

Kasuje za leczenie, a w trakcie gadamy o różnych sprawach jak koleżanki. Może nimi zostaniemy.

ZMIANY W RZECZYWISTOŚCI

Wychodzę od dentystki zrelaksowana. Podchodzę do chodnika, gdzie stoi mój źle zaparkowany samochód. Nie ma mandatu. Obok stoisko z warzywami i owocami. Pytam się miłego pana, które jabłka są słodkie? Mówi, że te czerwone, które mi się od początku najbardziej podobały. Kilogram jest za złoty osiemdziesiąt, kupuję więcej. Jadę do pracy, słucham głośno muzyki i myślę o czymś przyjemnym. Wymyślam hasło dla przyszłej firmy Supernova – kosmiczna jakość, fantastyczna współpraca. Te linie już do nas suną. Rozglądam się za zmianami w przestrzeni. Tymi punktami, które jak ostatni maratończycy wleką się w tyle. Nienaturalnymi cętkami w strukturze, które nie zdążyły ewoluować. Zamazać się. W niedzielę chmury w Ostromecku przypominały makietę z przyklejoną i pomalowaną watą cukrową. Miały jej strukturę i wydawały się nieprawdziwe.

Od zawsze lubiłam zieleń, lasy i parki. Dzisiaj pracuję w przestrzeni zabytkowych ogrodów włoskich, zwieńczonych bajeczną, dwurzędową aleją lipową. Mieszkam dziesięć minut od centrum w małym domku z dużym ogrodem, zarośniętym wieloletnimi drzewami. Wyśniłam to najpierw, zanim sobie racjonalnie wyobraziłam… Bo najdziwniejsze jest to, co wręcz wstrząsnęło mną po przeczytaniu książek Zelanda – wcześniej intuicyjnie żyłam w myśl założeń Przestrzeni Wariantów. Od kilku miesięcy funkcjonuję podobnie, ale świadomie. Potrafię nazwać fachowo założenia. Częściej skaczę na sąsiadujące linie, nawet gdy się boję. Wybieram te pozytywne. I więcej się uśmiecham.

Alicja Dużyk – absolwentka filologii polskiej oraz podyplomowego dziennikarstwa i public relations. Od ponad dwudziestu lat pisze artykuły i działa, zwłaszcza w obszarze szeroko pojętej kultury. Przez kilka lat redaktorka naczelna „Bydgoskiego Informatora Kulturalnego”. Związana z Miejskim Centrum Kultury w Bydgoszczy. W przeszłości członkini kilku stowarzyszeń kulturalnych i oświatowych. Należy do Fundacji Przestrzeń WariaNtów* i Czarny Karzeł. Pracowała także jako malarz pokojowy w Hounslow West w Londynie. Wciąż adeptka sztuki zrozumienia… Na razie pisze do katalogu w jej laptopie pt. „Próby”. Prywatnie matka dwóch niepowtarzalnych córek Sary i Igi.

*Nazwa fundacji “Przestrzeń WariaNtów” pochodzi od jednego z praw rządzących naszą rzeczywistością. To odmienne spojrzenie na model budowy świata i tego co możemy z niego uzyskać. Wszystko co ma być – już istnieje. Wszystkie pytania mają swoje odpowiedzi, a czas nie istnieje. Jedyne co możemy, to nastroić częstotliwość na wybór odpowiedniego wariantu odpowiadającej nam rzeczywistości. Wyboru dokonujemy nie poprzez rozum, ale poprzez emisję naszych myśli. Świadomość (umysł) nie potrafi odczytać informacji z pola przestrzeni. Za to podświadomość (dusza) kontaktuje się z polem informacji bezpośrednio. Tak rodzi się odkrycie i powstaje coś nowego – odpowiedź, muzyka, arcydzieło. Arcydziełem czyni je to, co leży poza jego technicznymi aspektami wykonania.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s