NARODZINY WOJOWNIKA – czyli o zbawianiu świata poprzez kreatywność

SYN NA LEKCJI MATEMATYKI SŁUCHA SATANISTYCZNEJ MUZYKI

Wszystko zaczęło się w 1987 roku. 1 czerwca. W dniu, w  którym dzieci mogą szaleć do woli. Tego dnia Sabrina i Mydełko Fa poszło się jebać. W robotniczym osiedlu powstałym dla pracowników Huty im. Stalina: głos Ozzego, szorstkie i mroczne riffy Tonego Iommiego, potężny bas Gizzera Butlera i porywające rytmy Billa Worda przewróciły mój dziecięcy, różowy świat do góry nogami, a książe ciemności na kolejne 30 lat stał się życiowym bohaterem. Zakupiona w Baltonie wieża (w tamtych czasach każdy szanujący się miłośnik muzyki, odtwarzał kasety poczynając od strony A w wieży właśnie) oraz podłączone do niej dwa głośniki wylądowały na parapecie otwartego okna. Z  czwartego piętra popłynęły dźwięki „Sabbath Bloody Sabbath”, i od tej chwili  nic w moim życiu nie było już takie samo. Wspominam o tym nie bez kozery. Minął dzień dziecka, a chwilę wcześniej świętowały wszystkie mamy. Ojciec pił i często znikał, więc więcej praktyk dydaktycznych i wychowawczych miała moja mama. I to jej wyrozumiałość oraz aprobata moich dziecięcych poczynań sprawiły, że dziś jestem tym kim jestem. Mamo, dziękuję Ci za to, że tego dnia nie wywaliłaś kasety Black Sabbath z całą tą wieżą przez okno. To było na tamte czasy mocno postępowe. Nie wszyscy byli tak tolerancyjni. Moja wychowawczyni z podstawówki, Teresa Paciorek, owładnięta manią nauczania matematyki każdego tumana który pojawiał się na lekcjach, zareagowała bowiem na tę muzykę śmiertelnym przerażeniem, zapisując w dzienniczku ucznia uwagę: „Syn na lekcji matematyki słucha satanistycznej muzyki, proszę rodziców o przyjście  do szkoły w najbliższym czasie.” Oczywiście nikogo o tej uwadze nie powiadomiłem. Dostałem tę kasetę na dzień dziecka od wujka Bogdana , jest to wystarczający powód do tego, by napawać się magicznym światem niezrozumiałych wówczas dla mnie dźwięków, ale powodujących niesamowite ciary na jajach.

MERYTORYKA A GOŁE CYCKI DLA PRZYCIĄGNIĘCIA UWAGI

Dziś, trzydzieści dwa lata później, będąc zawodowym muzykiem, doskonale rozumiem, co w delikatnej konstrukcji mentalnej siedmiolatka przełączyło guzik off na on. Uruchomił się tego dnia świat, do którego miałem z czasem dojrzeć, a w którym dziś swobodnie egzystuję, dalej mając gdzieś mydełko fa. To ta szorstka poetyka, intryga, wielowarstwowość, tajemnica i coś co dziś nazwalibyśmy „epickością” sprawiły, że proste jak budowa cepa środki wyrazu są dla mnie nieakceptowalne. Muzyka była katalizatorem mojego obecnego spojrzenia na świat, na sztukę, na sposób komunikowania się z otoczeniem. W latach osiemdziesiątych darłem pumeksem jedyne jeansy jakie miałem, by zamanifestować swoje ja. Dziś tworzę postapokaliptyczną modę, w której także przemycam światu co mi w duszy gra. A w tej dzieje się obecnie bardzo dużo. Stałem się aktywistą. Orędownikiem walki o coś. Czuję potrzebę misji. Niesienia przesłania. Wkurwia mnie obecny świat i ludzka krótkowzroczność. Wkurwia mnie to, że planeta tonie w morzu plastiku i całego syfu, jaki wytwarzamy.   Jakbyśmy ścigali się z kosmosem w konkursie kto najebie więcej śmieci i wyrzuci je do ogródka sąsiada, bo przecież nie do własnego. Wkurwia mnie hipokryzja i zakłamanie. Wkurwia mnie rak. A już najbardziej wkurwia mnie fakt, że gdy chcemy o czymś powiedzieć głośno, musimy uciekać się do szoku, taniego efekciarstwa, skandalu, gołych cyców, bo gdy powiesz to merytorycznie i spokojnie, wszyscy będą to mieli gdzieś. 

PREPOSTEVOLUTION – WAŻNE TREŚCI W ODWAŻNEJ FORMIE

Sam zacząłem od efektu wow. I na wow się kończyło. Przynajmniej przy pierwszej sesji zdjęciowej i konstruowanej sylwetce. Chciałem stworzyć sceniczne zamieszanie, nie bardzo jeszcze wiedząc jak to osiągnąć. Chciałem szorstkości. Chciałem kontrapunktu, dla chwilę wcześniej zakończonego projektu muzycznego, który przemielił mnie z toną cukru i wypluł w postaci czekoladowej wisienki na sam wierzchołek jebanego tortu. Miałem dosyć koloru, bo na scenie w czasie recitalu,  musiałem przebierać się kilkukrotnie w obciachowe, cekinowe  garnitury, które po premierze ostentacyjnie spaliłem. Musiałem odreagować. Z pomocą przyszedł obraz Georga Millera, syna greckich imigrantów, który w słynnym filmie „Mad Max – fury road” postawił na wizualność i tą wizualnością  ujął mnie bez reszty. Takiej inspiracji trzeba mi było. Torcik kontra rdza i piach. I utwór Heaven and Hell w tle, gdy odebrałem telefon z pytaniem, czy zagram na warszawskiej edycji pewnego modowego święta. Zagrałem. I przy okazji stworzyłem swoją pierwszą w życiu kolekcję mody inspirowaną światem post-apokalipsy. Szok. Niedowierzanie. Skandal i konsternacja. Zacząłem od wysokiego C.

fot. Madam Miko
modelka: Julia Szczepaniak
hair: Bleeding Edge Chamber

16 maja 2017 powstała marka odzieżowa PREPOSTEVOLUTION. Do granic możliwości inna. Teatralna. Budząca lęk i dziesiątki pytań. Nastawiona na sianie fermentu, ale niosąca jednocześnie ważne treści. Tamtej niedzieli,  odpowiadając pani z telewizora, czym jest PREPOSTEVOLUTION, przez ułamek sekundy zobaczyłem siedmiolatka w podartych jeansach, który radosnym krokiem pędzi do szkoły z dyndającym na szyi kluczem od mieszkania, wiedząc, że będzie jednym z nielicznych, którzy Sabrinę i mydełko Fa bezpowrotnie spuścili w kiblu w niebyt. To był ten rodzaj zamieszania. Ten ferment. Ta szorstkość, która dziś echem odbija się w moich kostiumach, ubłoconych butach i zmierzwionych włosach. Nigdy nie sądziłem, że zamieszkam w Warszawie. Że będę tworzyć modę. Że poprzez kostium mogę wyrzygać swoje demony, albo grzecznie, z sercem na dłoni zamanifestować światu swoją filozofię. Ale los tak chciał. Może zodiakalna małpa, którą jestem, miała już dość skakania po gałęziach i postanowiła usadzić dupsko w jednym miejscu? Zrobić coś stałego?  Od dwóch lat tworzę coś arcy osobistego. 

OSTATNI POKAZ JUSTYNY – KU CHWALE WALCZĄCYCH Z RAKIEM KOBIET

W orbicie moich zainteresowań jest kobieta. Jej walka. Wewnętrzna lub zewnętrzna. Wojowniczki, którymi stają się moje bohaterki – modelki, bo to często kobiety po przejściach. Po amputacjach. Po chemioterapii. Po różnych kurestwach, jakimi dotyka je świat. Daję im kostium – pancerz. Zbroję, w której czują się mocniejsze. Piękniejsze. Potrzebne. Daję im coś, czego nie mogą znaleźć w codziennej rzeczywistości. I tu dokonuje się prawdziwa magia. Metamorfoza. Tak było w przypadku Justyny. Dobiegała czwarta rano. Marcowa, zimna noc dawała się we znaki, przez otwarte na oścież okno wdzierał się mroźny podmuch wiatru. To uświadomiło mi, że od dłuższego czasu tempo mojej pracy zwolniło i nie mam pewności, czy zdążę przed porankiem. O dziewiątej rano bus miał mnie zabrać z całą kolecją „Piękna i Bestia” do Nysy. Wypiłem kolejną, nie wiem już którą, czarną kawę. Odgrzewałem ją co chwilę w mikrofalówce, bo stygła zbyt szybko. Od zmęczenia i kofeiny chciało mi się rzygać, ale wiedziałem, że jeśli nie przezwyciężę zmęczenia i nie wezmę się do pracy, nie zdążę. Następnego dnia o 17.00 w tym kostiumie Justyna miała otwierać mój pokaz mody. Justyna ma nowotór. Jest po chemioterapii. Ma zainstalowany cewnik. Jest bohaterką projektu, w którym walczące z nowotworami kobiety uczestniczą w pokazach mody i sesjach zdjęciowych. Zerknąłem na manekin. Jest już prawie wszystko! Są odpowiednio spreparowane buty, rajstopy, maska, włosy z pianki osadzone na starodawnych słuchawkach studyjnych, którym postanowiłem nadać drugie życie. Jest kupiona w taniej odzieży na dziale karnawałowym złota kurteczka z metką Walt Disney. Są karwasze z łyżew, które za 10 złotych kupiłem pod Halą Targową w Krakowie o 5 nad ranem, wracając z nocnego klubu w Tarnowie. Jest masa elementów, a każdy z nich stanowi osobną historię. Tej nocy odtwarzałem  je sobie pokrótce w głowie. To swoista mapa doznań związanych z pozyskiwaniem materiałów do moich kostiumów. Uzmysłowiłem sobie, że każdy z kostiumów Prepostevolution to osobna wyprawa, wycieczka, podróż, spotkanie, przypadkowe lub celowe grzebanie w śmietnikach, na pchlich targach, strychach, piwnicach. Przyglądałem się szczegółom. Jeszcze kilka maźnięć pędzlem, kilka przypaleń, dziur i będzie gotowy. Pracowałem tamtej nocy zawzięcie, wiedząc, że gdy skończę kostium, będę musiał jeszcze spakować to wszystko do pudeł, a potem posprzątać salon, gdyż tę kolekcje tworzyłem akurat w mieszkaniu. Gdy ostatnią szufelkę śmieci wrzucałem do śmietnika, odezwał się dzwonek do drzwi. Przybył kierowca. Uf, zdążyłem… Gdy następnego dnia poznałem osobiście moją bohaterkę, byłem poruszony. Jeszcze tego samego dnia, kilka godzin później wyjdzie jako prawdziwa wojowniczka, silna i dumna z błyskiem i radością w oku, otwierając pokaz „Piękna i Bestia”. 3 kwietnia, niecały miesiąc po pokazie Justyna zmarła. Nie odważyłem się kostiumu umieścić w grobie, choć to była moja pierwsza myśl, gdy dowiedziałem się, że odeszła. Zabrakło mi odwagi. Dziś ten kostium jest symbolem. Wziął udział w kilku sesjach. I za cholerę nie mogę pojąć, jak to się dzieje, że ze wszystkich kostiumów jakie posiadam,  najpiękniejsze i najbardziej widowiskowe zdjęcia powstają z udziałem TEGO właśnie. Dzięki Justyno! Wiem, że maczasz w tym palce. 

Modelka: Justyna, fot: Kina Dziwota , makijaż: Anna Robak 

Marcin Urzędowski

Marcin Urzędowski – niespokojny duch, intuista, związany od 20 lat z muzyką perkusyjną, sztuką improwizacji oraz modą. W roku 2017 powołał do życia markę odzieżową PREPOSTEVOLUTION, której recyklingowe projekty w duchu Trashion inspirowane są wizją postapokaliptycznego świata. 

https://www.facebook.com/prepostevolution/

https://www.facebook.com/marcin.urzedowski/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s